Aloha xxx
I jak się macie? Jak samopoczucie? Jak w szkole?
Dużo tych pytań, ja jestem na jakieś niecałe 2 tyg w Holandii i mam dużo czasu na pisanie :D
Także ten.. Macie tu kolejną część imagina z Loczkiem <3 Przypomniało mi się że jest tu też mój niedokończony imagin z Louisem, chcecie żebym go dokończyła? To ON!
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
H:...pomogę
Ci w tym choćbyś mnie wkurzała tysiące razy na dobę, choćbym miał Cię
siłą zaciągać na rehabilitacje, choćbyś ze mną zerwała i przestała mnie
kochać, ja się nie poddam. Kocham Cię i zrobię wszystko żeby wróciła do
Ciebie radość życia, rozumiesz.. - klęknął przede mną i złapał mnie za
dłonie. Widziałam łzy w jego oczach, czułam że i w moich się zbierają.
On mnie kocha, ale czy ja chce tej pomocy.. Na pewni chce żeby dalej
przy mnie był, żeby..
J: Harry ja nie dam rady.. - powiedziałam płaczliwie.
H:
Kochanie poradzimy sobie, damy rade.. Jeśli tylko się kochamy to damy
rade. - płakał, całował moje dłonie, przytulał się do nich.. - Kochasz
mnie, prawda? - patrzył na mnie, oczekiwał tej, oczywistej, odpowiedzi.. Czemu więc tak ciężko było mi cokolwiek powiedzieć? To zapewne przez tą wielką gule w gardle, uniemożliwiała mi mówienie. Mina Loczka była zawiedziona, przez mój brak odpowiedzi on myśli że go nie kocham, a ja nigdy w życiu nie byłam bardziej zakochana. - Uszykuje Ci kąpiel.. - wstał i skierował się w stronę łazienki. Widziałam jak ściera łzy ze swoich policzków. Jaką jestem idiotka.. Pojechałam do niego, z daleka słyszałam jak pociąga nosem.
J: Harry.. - odzyskałam zdolność mówienie, ale brunet nie spojrzał na mnie, odkręcił kurki z wodą i nalał jakiegoś płynu. - Nie chciałam Cie urazić..
H: Nie uraziłaś! - przerwał mi, lekko podnosząc głos, jego wzrok skierował się w końcu na mnie i to nie było najmilsze z jego spojrzeń. - Wiem, że po tym wypadku jakieś wahania emocjonalne więc nic się nie stało. - przez zęby ale wydusił to z siebie. - Pójdę po Twój szlafrok. - i odszedł. zaczęłam się rozbierać, nie wiem czemu ale nie chce żeby dotykał mojego ciała, moich nóg.. - Czekaj, pomogę Ci. - szybko wrócił, zakręcił wodę i zaczął ściągać ze mnie ubrania. Czułam się jakbym była małym dzieckiem, jakbym była skazana na pomoc innych, jakbym była niepełnosprawna.. A no tak, zapomniałam, przecież jestem.. - Nie za zimna? - zapytał gdy wkładał mnie do wanny.
J: Nie.
H: A za gorąca? Nie wiem dokładnie jaka będzie odpowiednia.. Jak byłem mały mama sprawdzała wodę łokciem, ale nie wiem czy dla dorosłych też się tak spra..
J: Zostaw mnie! - krzyknęłam na niego - Zostaw, poradzę sobie, wyjdź! Nie jestem małym bachorem! - wybuchłam, nie mogłam już.
H: Ale..
J: Nie! Wyjdź stąd, poradzę sobie..! - nie ustępowałam, a ryczeć chciało mi się na samą myśl o tym że to dopiero początek. Styles wyszedł, a ja mogłam oddać się swojej bezradności. Patrzyłam na swoje stopy i pragnęłam żeby poczuć ciepło wody, chciałam żeby to wszystko okazało się tylko koszmarem, żebym mogła się z niego obudzić i żyć dalej moim idealnym życiem.. Czas mijał, woda robiła się coraz zimniejsza, moje opuszki już dawno się zmarszczyły i powoli robiło mi się zimno. Pora wychodzić.. Taak, ale jak?! Wypuściłam wodę, złapałam za oparcie wanny i próbowałam się podnieść tak żeby na nim usiąść. - Ałaa..! - krzyknęłam gdy się poślizgnęłam i wpadłam z powrotem do wanny.
H: Wszystko w porządku?! - znalazł się tu niemalże natychmiast. - Co się stało? - był przestraszony
J: Upadłam.. - przyznałam cicho i poczułam jak gęsia skórka pokrywa moje ciało.
H: Czemu mnie nie zawołałaś? - okrył mnie ręcznikiem i z taką łatwością wyjął mnie z wanny.
J: A nie stałeś pod drzwiami?
H: Racja.. - uśmiechnął się pod nosem. Jejku, tak uwielbiam jego uśmiech.
J: Zimno mi, możesz zaprowadzić mnie do sypialni? - poprosiłam, czułam się zawstydzona. To był pierwszy raz od czasu wypadku kiedy o coś go poprosiłam.
H: Oczywiście Kochanie.. - jego ręce mocniej zacisnęły się pode mną i poszedł ze mną w stronę pokoju. Położyłam głowę na jego ramieniu, a dłoń na sercu, biło inaczej niż zwykle.. albo tak dawno go nie czułam. Szpitalne łóżko nie pozwalało na spanie obok siebie. Chłopak ułożył mnie na pod kołdrą i sam szybko pozbył się swoich ubrań. Położył się obok mnie i chyba bał się przytulić, patrzył w moje oczy jakby tam czegoś szukał, jakby zapomniał jak wyglądają.
J: Zmęczona jestem.. - powiedziałam cicho, myślałam że Loczek wyjdzie i pozwoli mi zasnąć.
H: Rozumiem.. - zgasił światło i położył się w powrotem, tym razem o wiele bliżej, tak że jego ciepło docierało do mojego ciała. Dałam radę odwrócić się do niego plecami, ale i to go nie zniechęciło, wcisnął rękę pod moją głowę, a drugą przyciągnął mnie do siebie tak blisko że przylegał do mnie. Uwielbiałam jak mnie właśnie tak przytula.. Czułam że jestem w jego ramionach bezpieczna..
Powoli przyzwyczajałam się do świadomości że nie stanę już na własne nogi.. Tyle miesięcy już minęło, tyle godzin rehabilitacji, niestety też liczne kłótnie z Harrym. Nasz związek już nie wygląda jak kiedyś, zapomniałam jak to było, Harry chyba też. Najgorsze w tym wszystkim jest to że te kłótnie nie są tylko z mojej winy, nie tylko moje 'wahania emocjonalne' powodują kłótnie. Zaczęłam nawet myśleć że kogoś ma, że znalazł lepszą a ze mną jest tylko z litości.. Wróciliśmy do domu z kolejnej rehabilitacji, brunet odstawił mnie w salonie blisko stolika i poszedł sobie. Rutyna! Miałam już tego dość, włączyłam telewizor, żeby nie było słychać że gdzieś jadę i skierowałam się w jego stronę. Słyszałam jak z kimś rozmawia i nie był zadowolony, był zły.
H: ..Tylko że ona nic z siebie nie daje.. - chodziło pewnie o mnie - .. Zaczynam myśleć że tylko mi na tym zależy.. Niee.. nie wiem.. dobra kończę.. - musiał mnie usłyszeć, więc wjechałam do pokoju. Już chciałam coś powiedzieć ale chłopak wyszedł, odkładając telefon na komodę. Zamknął się w łazience i dłuuuugo z niej nie wchodził. Nie mam pojęcia co w niej robił, znaczy to łazienka więc mógł wiadomo co, ale dla mnie i tak było tu coś nie tak. Kim była ta kobieta z którą rozmawiał?! Chciałam wyjaśnień! Podjechałam do drzwi do łazienki, zapukałam ale nic nie odpowiedział, nacisnęłam na klamkę i uchyliłam je.. Co on? Jak to? Ale?!
J: Harry? Co Ty..?
...
_____________
A wiec mam, piszcie mi czy wam się podoba i koniecznie co u Was :* :*
Może w końcu ustawimy wymaganą ilość komentarzy?
Na początek 7 komów!!!!!!
CZYTASZ = KOMENTUJESZ!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Naat
PS. Zaraz będzie PÓŁ MILIONA WYŚWIETLEŃ na blogu !
One Direction i My.. - imaginy
piątek, 28 października 2016
niedziela, 23 października 2016
Harold 4
-Jesteś samochodem?- spytałam zdziwiona widząc czarne audi.
-Oczywiście. Jedziemy w dłuższą trasę.- mrugnął do mnie, a na moim ciele uformowała się gęsia skórka. Otwarł mi, a gdy już wsiadłam okrążył samochód siadając na miejscu kierowcy. Zapiął pasy i skupił się na drodze. Wyjechaliśmy, a ja spojrzałam na jego uwięzioną przez zęby dolną wargę. Przełknęłam ślinę nie wiedząc, że będzie to aż tak słychać. Loczek zachichotał.
-Twój tata był zdziwiony, kiedy mnie zobaczył.- zaczął temat prawdopodobnie żeby nie było tej ciszy.
-Uważa, że powinnam spędzać więcej czasu z rówieśnikami.. ja myślę, że po prostu ma wyrzuty, że siedzę sama.-wzruszyłam ramionami.
-A często jesteś sama? Może rzeczywiście nie powinnaś.- powiedział poważnie.
-Czasami. Lubię spędzać czas na własnych zajęciach.- mruknęłam i spojrzałam znowu na niego.
-Dopilnuję, żebyś nie siedziała sama.- uśmiechnął się promiennie patrząc na mnie.
-Gamoniu, skup się na drodze.- parsknęłam pokazując mu język.
-Uwierz, że ciężko, kiedy ktoś taki siedzi obok.- zachichotał, a ja pewnie byłam już nawet nie czerwona, a bordowa. Jak to możliwe, że znam go od wczoraj, a czuję się tak, jak gdybyśmy się znali przynajmniej rok.
-Gdzie jedziemy?- spytałam po jakimś czasie uzmysławiając sobie, że nie mam pojęcia.
-W góry.- odparł zadowolony z siebie.
-Co?- wydukałam zdziwiona.
-Spokojnie, wrócimy na wieczór.. przejdziemy się po górach i wrócimy.. nie jest tak daleko. To tylko 2,5 godziny drogi.
-Tylko 2,5 godziny.- parsknęłam nie dowierzając, że dla niego to jest nic.
-Dramatyzujesz.. nie robimy nic nielegalnego, mała.- zachichotał, a ja przewróciłam oczami.
-Mała to jest twoja pała.- fuknęłam krzyżując ramiona na piersiach, a on zamiast obrazić się wybuchł gromkim śmiechem.
-Kochanie, gdybyś tylko wiedziała jak bardzo się mylisz.- powiedział nadal chichocząc.
-Ktoś ma tu ogromne egoo..- powiedziałam śpiewającym głosem niby nie mając jego na myśli.
-Ktoś ma tu nie tylko ego ogromne.- żachnął się dumnie, a ja uniosłam brwi.
-Styles, jesteś zboczeńcem.- podsumowałam go tym zdaniem i oparłam głowę o szybę wgapiając się w krajobraz za szybą.
-Jestem tylko facetem... a uwierz, że twoje za krótkie spodenki kuszą wystarczająco.- powiedział kładąc rękę na moim kolanie. Popatrzyłam na niego jak na idiotę, po czym strzepnęłam dłoń.
-Kochanie, nie zamoczysz.- parsknęłam, po czym bez pytania włączyłam radio i powoli zamknęłam powieki.
-Nie muszę.- usłyszałam jego szept, a po chwili już odleciałam.
***
Poczułam czyjeś usta na szyi.. całowały całą ścieżkę od miejsca za uchem, aż po sam obojczyk... uśmiechnęłam się błogo.
-Mała.. wstawaj. Jesteśmy na miejscu.- usłyszałam zadowolony szept przy samym uchu i to mnie otrzeźwiło. Otworzyłam oczy i zobaczyłam pochylającego się nade mną Harry'ego. Nie musiałam długo myśleć, aby dać mu w twarz.
-Ała!Za co to było?- spytał szybko odsuwając się ode mnie.
-Fuuuu!- krzyknęłam, a on tylko kręcił głową z uśmiechem na ustach.
-A ten uśmiech to co..? - zachichotał, a ja przewróciłam oczami.
-Po prostu nie mogłem cię dobudzić, ok? Jesteśmy na miejscu.- parsknął i wysiadł.
-Oczywiście. Jedziemy w dłuższą trasę.- mrugnął do mnie, a na moim ciele uformowała się gęsia skórka. Otwarł mi, a gdy już wsiadłam okrążył samochód siadając na miejscu kierowcy. Zapiął pasy i skupił się na drodze. Wyjechaliśmy, a ja spojrzałam na jego uwięzioną przez zęby dolną wargę. Przełknęłam ślinę nie wiedząc, że będzie to aż tak słychać. Loczek zachichotał.
-Twój tata był zdziwiony, kiedy mnie zobaczył.- zaczął temat prawdopodobnie żeby nie było tej ciszy.
-Uważa, że powinnam spędzać więcej czasu z rówieśnikami.. ja myślę, że po prostu ma wyrzuty, że siedzę sama.-wzruszyłam ramionami.
-A często jesteś sama? Może rzeczywiście nie powinnaś.- powiedział poważnie.
-Czasami. Lubię spędzać czas na własnych zajęciach.- mruknęłam i spojrzałam znowu na niego.
-Dopilnuję, żebyś nie siedziała sama.- uśmiechnął się promiennie patrząc na mnie.
-Gamoniu, skup się na drodze.- parsknęłam pokazując mu język.
-Uwierz, że ciężko, kiedy ktoś taki siedzi obok.- zachichotał, a ja pewnie byłam już nawet nie czerwona, a bordowa. Jak to możliwe, że znam go od wczoraj, a czuję się tak, jak gdybyśmy się znali przynajmniej rok.
-Gdzie jedziemy?- spytałam po jakimś czasie uzmysławiając sobie, że nie mam pojęcia.
-W góry.- odparł zadowolony z siebie.
-Co?- wydukałam zdziwiona.
-Spokojnie, wrócimy na wieczór.. przejdziemy się po górach i wrócimy.. nie jest tak daleko. To tylko 2,5 godziny drogi.
-Tylko 2,5 godziny.- parsknęłam nie dowierzając, że dla niego to jest nic.
-Dramatyzujesz.. nie robimy nic nielegalnego, mała.- zachichotał, a ja przewróciłam oczami.
-Mała to jest twoja pała.- fuknęłam krzyżując ramiona na piersiach, a on zamiast obrazić się wybuchł gromkim śmiechem.
-Kochanie, gdybyś tylko wiedziała jak bardzo się mylisz.- powiedział nadal chichocząc.
-Ktoś ma tu ogromne egoo..- powiedziałam śpiewającym głosem niby nie mając jego na myśli.
-Ktoś ma tu nie tylko ego ogromne.- żachnął się dumnie, a ja uniosłam brwi.
-Styles, jesteś zboczeńcem.- podsumowałam go tym zdaniem i oparłam głowę o szybę wgapiając się w krajobraz za szybą.
-Jestem tylko facetem... a uwierz, że twoje za krótkie spodenki kuszą wystarczająco.- powiedział kładąc rękę na moim kolanie. Popatrzyłam na niego jak na idiotę, po czym strzepnęłam dłoń.
-Kochanie, nie zamoczysz.- parsknęłam, po czym bez pytania włączyłam radio i powoli zamknęłam powieki.
-Nie muszę.- usłyszałam jego szept, a po chwili już odleciałam.
***
Poczułam czyjeś usta na szyi.. całowały całą ścieżkę od miejsca za uchem, aż po sam obojczyk... uśmiechnęłam się błogo.
-Mała.. wstawaj. Jesteśmy na miejscu.- usłyszałam zadowolony szept przy samym uchu i to mnie otrzeźwiło. Otworzyłam oczy i zobaczyłam pochylającego się nade mną Harry'ego. Nie musiałam długo myśleć, aby dać mu w twarz.
-Ała!Za co to było?- spytał szybko odsuwając się ode mnie.
-Fuuuu!- krzyknęłam, a on tylko kręcił głową z uśmiechem na ustach.
-A ten uśmiech to co..? - zachichotał, a ja przewróciłam oczami.
-Po prostu nie mogłem cię dobudzić, ok? Jesteśmy na miejscu.- parsknął i wysiadł.
Dziś tylko tyle, ale obiecuję dalszy ciąg w niedalekiej przyszłości ^^
#Maleńka
czwartek, 20 października 2016
Please, You must LIVE! ~ Harry {dla Dony} - część 3
Aloha xx
Jestem i mam 3 część Kochani :D
Przypominam że to imagin zamówiony przez Donę! <3
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
H: ...Wiesz jak się bałem, myślałem że nie przeżyjesz, że zostawisz mnie samego.. - na nowo się rozpłakał. Samej chciało mi się wyć, nie dlatego że wszystko zaczynało mnie cholernie boleć, tylko dlatego, że on tak cierpiał. Nigdy go takiego nie widziałam, nie aż tak smutnego i zrozpaczonego.
J: Nie mogę Cię zostawić.. Oszalałeś?! Mamy wziąć ślub, będziemy mieli kiedyś dzieci.. - starałam się go jakoś pocieszyć, średnio mi to wyszło.. Harry nawet się nie uśmiechnął. - Amm.. Kochanie jest coś o czym powinnam wiedzieć?
H: N-niee.. - zająknął się, przeciągając zarazem. Coś mi tu nie pasowało, Loczka coś dręczyło.
J: Harry mów! - powiedziałam poważniej
H: Wiesz.. Chyba to wszystko będziemy musieli trochę przesunąć. - spuścił głowę, przeraziłam się.
J: Co przesunąć?
H: Ślub.. - momentalnie w oczach pojawiły mi się łzy - ..dzieci. - nie patrzył na mnie.
J: Ale to tylko wypadek, przecież żyje, Kochanie nie chcesz mnie już? - płakałam, jak on w ogóle może mnie tak potraktować.
H: (T.i.) Ty nic nie rozumiesz! - krzyknął na mnie i zerwał się z krzesła. Patrzałam na niego i naprawdę zastanawiałam się o co mu chodzi.
J: To mi wytłumacz! - również krzyknęłam, ale mój głos brzmiał płaczliwie. Przez pierwsze minuty tylko na mnie patrzył, potem zaczął łazić dookoła mojego łóżka, aż w końcu od okna do drzwi i tak przez kolejne pół godziny. - Powiesz coś w końcu? - spojrzał na mnie, podszedł i usiadł na łóżku.
H: Przepraszam.. - znów wstał jak poparzony i wziął krzesło. Popatrzałam na niego niezrozumiale. Brunet westchnął i coś do siebie pod nosem mruknął. - Usiadłem teraz na Twojej nodze.. - powiedział cicho.
J: To czemu tego nie poczułam? Nie kłam Harry.. - nie chciałam uwierzyć w taką bzdurę..
H: Nie kłamie! - podniósł głos - Odkąd się obudziłaś, szczypie Cię po nogach, dotykam ich i Ty ani razu nie zareagowałaś! - krzyczał, jednocześnie płacząc.. - Teraz rozumiesz dlaczego będziemy musieli przesunąć nasze najbliższe plany. Lekarz mi powiedział że przez ten wypadek masz uszkodzone coś w kręgosłupie i dlatego teraz nie masz władzy w nogach. Będziesz jeździć na wózku (T.i.)! - łzy popłynęły z jego oczu - Jest możliwość żebyś stanęła z powrotem na nogi, ale musisz o to walczyć, chodzić na rehabilitacje, ćwiczyć w domu.. - o czym on mówi?! Jak to wózek? Rehabilitacje? To jakiś jeden wielki, nieśmieszny żart! Zaczęłam odpinać się spod tych wszystkich urządzeń.. plątałam się w te kabelki. - Przestań! - łapał mnie za ręce ale się wyrywałam.
J: Puść mnie! - warknęłam, dalej chcąc się uwolnić.
H: Uspokój się! Chcesz pogorszyć całą sytuacje? - w jego oczach nie było już łez.. Był wściekły i załamany. Odpuściłam, położyłam się z powrotem, nie patrząc w ogóle na Harrego. Mówił coś ale to było mało ważne, nie miałam ochoty ani słuchać ani żyć.. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam, nie wiem czy narzeczony został, czy nie, bo nawet nie zwracałam na niego uwagi..
Dni leciały niemiłosiernie wolno, powoli przyswoiłam do siebie myśl że będę zależna od innych. Nigdy taka nie byłam, zawsze chciałam wszystko zrobić sama, dlatego denerwowało mnie to że Harry nawet na małe spożywcze zakupy szedł ze mną. Z jednej strony chce walczyć, a z drugiej strony nie wiem czy się pozbieram bo tym wypadku..
L: Dzisiaj wypiszemy Panią do domu.. - spojrzałam na lekarza - ..musi Pani stawiać sie na każdą rehabilitacje jeśli chce Pani stanąć kiedyś na nogi. - popatrzył na mnie z nad okularów. Skinęłam tylko głową że przyjęłam to co mówi.
H: Oczywiście, dopilnuje by żadnej nie opuściła.. - Harry powiedział jakby trochę weselszy.. Codziennie mnie odwiedzał, a czasami nawet przy mnie nocował. Jego mama i siostra też tu bywały, ale to ani dla mnie nie było przyjemne, ani dla nich.. Styles spakował moje rzeczy, przyprowadził wózek. Uszykował dla mnie ubrania i jeszcze coś robił. Wzięłam bluzkę i zaczęłam się ubierać, poszło całkiem sprawnie, gorzej było z dolną garderobą. - Czekaj, pomogę Ci? - zaczął naciągać na moje nogi spodnie. Byłam zła, a robiłam się wściekła, Harry był taki delikatny a przy tym taki niezdarny.
J: Zostaw! - krzyknęłam na niego - Poradzę sobie. - tym razem powiedziałam przez zęby. Loczek spojrzał na mnie zaskoczony ale i niezadowolony. Chyba nie podobała mu się moja reakcja, ale nic nie poradzę, to że moje nogi są bezwładne nie znaczy że jestem teraz kaleką i potrzebuje czyjejś pomocy czy litości. DAM SOBIE RADE SAMA!! powtarzałam wściekła w myślach. Styles patrzył na mnie i kręcił przecząco głową, wiedział że się mecze ale nie reagował. W końcu po jakiś 15 minutach wciągnęłam te głupie dresy na tyłek i teraz już w pomocą Harrego usiadłam na wózek.
H: Chyba będziemy musieli poważnie porozmawiać. - zaczął gdy byliśmy już w samochodzie. Nie miałam ochoty na żadne pogaduszki z nim, wiedziałam że będzie prawił mi kazania. Nie odpowiedziałam mu na to i sądziłam że będzie kontynuował, ale jednak dojechaliśmy w ciszy do domu. W myślach dziękowałam Bogu że namówiłam kiedyś Loczka na dom bez żadnych pięter.. Tłumaczyłam mu żeby był bezpieczny dla naszych przyszłych dzieci. Kto by się spodziewał że sama będę potrzebowała takiego miejsca zamieszkania by było mi łatwiej.. Zaprowadził mnie do salonu i postawił koło kominka w którym o dziwo się paliło. Czułam ciepło na polikach, ramionach, ale moje dolne kończyny były.. Właśnie nie wiem, ta świadomość że nie mogę chodzić, że nie stanę razem z Harrym do ołtarza.. Sama nie wiem czy on jeszcze tego chce, stałam się zimna dla niego, myślę że on może być teraz ze mną tylko z litości. - Proszę.. - przyszedł po jakimś czasie i podał mi ciepłą herbatę.
J: Dzięki.. - wychrypiałam, przyglądałam się co robi. Wziął jakiś koc, nie widziałam go wcześniej, i ustawił mnie na przeciwko siebie.
H: Podnieś trochę ręce.. - uśmiechnął się i odebrał ode mnie kubek z piciem. Zaraz potem owinął mnie, a raczej moje nogi, szczelnie kocem. - Teraz będzie Ci cieplej.. - uśmiechnął się, nie odpowiedziałam na to. Brunet oddał moją herbatę i patrzał na mnie smutno, czułam że ta rozmowa właśnie się zacznie. - (T.i.) posłuchaj.. - wziął kilka oddechów - ..Wiem że odechciało Ci się żyć, nie ma już w twoich oczach tej radości, ten wypadek.. - zaciął się - ..to moja wina, nie powinienem puszczać Cię samą.. - zaczął się obwiniać, ale przecież on nic nie mógł poradzić na moją upartość.
J: Harry nie..
H: Nie przerywaj mi! - podniósł lekko głos - Możesz sobie myśleć co chcesz, ale ja wiem jak jest, gdyby nie ja, gdybym pojechał z Tobą, było by inaczej.. Czuje się za to odpowiedzialny! - był pewien tego co mówi, ale to nie prawda, ja go nie obwiniam! - Teraz zrobię wszystko żebyś odzyskała władzę w nogach, żebyś znów chodziła, pomogę Ci w tym choćbyś mnie wkurzała tysiące razy na dobę, choćbym miał Cię siłą zaciągać na rehabilitacje, choćbyś ze mną zerwała i przestała mnie kochać, ja się nie poddam. Kocham Cię i zrobię wszystko żeby wróciła do Ciebie radość życia, rozumiesz.. - klęknął przede mną i złapał mnie za dłonie. Widziałam łzy w jego oczach, czułam że i w moich się zbierają. On mnie kocha, ale czy ja chce tej pomocy.. Na pewni chce żeby dalej przy mnie był, żeby..
J: Harry ja nie dam rady.. - powiedziałam płaczliwie.
H: Kochanie poradzimy sobie, damy rade.. Jeśli tylko się kochamy to damy rade. - płakał, całował moje dłonie, przytulał się do nich.. - Kochasz mnie, prawda?
...
____________
No dobra! PRZEPRASZAM ŻE TAK DŁUGO, SZCZEGÓLNIE CIEBIE DONA!!
Ale komentujcie a ja obiecuje że się poprawie :D
Naat
Jestem i mam 3 część Kochani :D
Przypominam że to imagin zamówiony przez Donę! <3
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
H: ...Wiesz jak się bałem, myślałem że nie przeżyjesz, że zostawisz mnie samego.. - na nowo się rozpłakał. Samej chciało mi się wyć, nie dlatego że wszystko zaczynało mnie cholernie boleć, tylko dlatego, że on tak cierpiał. Nigdy go takiego nie widziałam, nie aż tak smutnego i zrozpaczonego.
J: Nie mogę Cię zostawić.. Oszalałeś?! Mamy wziąć ślub, będziemy mieli kiedyś dzieci.. - starałam się go jakoś pocieszyć, średnio mi to wyszło.. Harry nawet się nie uśmiechnął. - Amm.. Kochanie jest coś o czym powinnam wiedzieć?
H: N-niee.. - zająknął się, przeciągając zarazem. Coś mi tu nie pasowało, Loczka coś dręczyło.
J: Harry mów! - powiedziałam poważniej
H: Wiesz.. Chyba to wszystko będziemy musieli trochę przesunąć. - spuścił głowę, przeraziłam się.
J: Co przesunąć?
H: Ślub.. - momentalnie w oczach pojawiły mi się łzy - ..dzieci. - nie patrzył na mnie.
J: Ale to tylko wypadek, przecież żyje, Kochanie nie chcesz mnie już? - płakałam, jak on w ogóle może mnie tak potraktować.
H: (T.i.) Ty nic nie rozumiesz! - krzyknął na mnie i zerwał się z krzesła. Patrzałam na niego i naprawdę zastanawiałam się o co mu chodzi.
J: To mi wytłumacz! - również krzyknęłam, ale mój głos brzmiał płaczliwie. Przez pierwsze minuty tylko na mnie patrzył, potem zaczął łazić dookoła mojego łóżka, aż w końcu od okna do drzwi i tak przez kolejne pół godziny. - Powiesz coś w końcu? - spojrzał na mnie, podszedł i usiadł na łóżku.
H: Przepraszam.. - znów wstał jak poparzony i wziął krzesło. Popatrzałam na niego niezrozumiale. Brunet westchnął i coś do siebie pod nosem mruknął. - Usiadłem teraz na Twojej nodze.. - powiedział cicho.
J: To czemu tego nie poczułam? Nie kłam Harry.. - nie chciałam uwierzyć w taką bzdurę..
H: Nie kłamie! - podniósł głos - Odkąd się obudziłaś, szczypie Cię po nogach, dotykam ich i Ty ani razu nie zareagowałaś! - krzyczał, jednocześnie płacząc.. - Teraz rozumiesz dlaczego będziemy musieli przesunąć nasze najbliższe plany. Lekarz mi powiedział że przez ten wypadek masz uszkodzone coś w kręgosłupie i dlatego teraz nie masz władzy w nogach. Będziesz jeździć na wózku (T.i.)! - łzy popłynęły z jego oczu - Jest możliwość żebyś stanęła z powrotem na nogi, ale musisz o to walczyć, chodzić na rehabilitacje, ćwiczyć w domu.. - o czym on mówi?! Jak to wózek? Rehabilitacje? To jakiś jeden wielki, nieśmieszny żart! Zaczęłam odpinać się spod tych wszystkich urządzeń.. plątałam się w te kabelki. - Przestań! - łapał mnie za ręce ale się wyrywałam.
J: Puść mnie! - warknęłam, dalej chcąc się uwolnić.
H: Uspokój się! Chcesz pogorszyć całą sytuacje? - w jego oczach nie było już łez.. Był wściekły i załamany. Odpuściłam, położyłam się z powrotem, nie patrząc w ogóle na Harrego. Mówił coś ale to było mało ważne, nie miałam ochoty ani słuchać ani żyć.. Nawet nie wiem kiedy zasnęłam, nie wiem czy narzeczony został, czy nie, bo nawet nie zwracałam na niego uwagi..
Dni leciały niemiłosiernie wolno, powoli przyswoiłam do siebie myśl że będę zależna od innych. Nigdy taka nie byłam, zawsze chciałam wszystko zrobić sama, dlatego denerwowało mnie to że Harry nawet na małe spożywcze zakupy szedł ze mną. Z jednej strony chce walczyć, a z drugiej strony nie wiem czy się pozbieram bo tym wypadku..
L: Dzisiaj wypiszemy Panią do domu.. - spojrzałam na lekarza - ..musi Pani stawiać sie na każdą rehabilitacje jeśli chce Pani stanąć kiedyś na nogi. - popatrzył na mnie z nad okularów. Skinęłam tylko głową że przyjęłam to co mówi.
H: Oczywiście, dopilnuje by żadnej nie opuściła.. - Harry powiedział jakby trochę weselszy.. Codziennie mnie odwiedzał, a czasami nawet przy mnie nocował. Jego mama i siostra też tu bywały, ale to ani dla mnie nie było przyjemne, ani dla nich.. Styles spakował moje rzeczy, przyprowadził wózek. Uszykował dla mnie ubrania i jeszcze coś robił. Wzięłam bluzkę i zaczęłam się ubierać, poszło całkiem sprawnie, gorzej było z dolną garderobą. - Czekaj, pomogę Ci? - zaczął naciągać na moje nogi spodnie. Byłam zła, a robiłam się wściekła, Harry był taki delikatny a przy tym taki niezdarny.
J: Zostaw! - krzyknęłam na niego - Poradzę sobie. - tym razem powiedziałam przez zęby. Loczek spojrzał na mnie zaskoczony ale i niezadowolony. Chyba nie podobała mu się moja reakcja, ale nic nie poradzę, to że moje nogi są bezwładne nie znaczy że jestem teraz kaleką i potrzebuje czyjejś pomocy czy litości. DAM SOBIE RADE SAMA!! powtarzałam wściekła w myślach. Styles patrzył na mnie i kręcił przecząco głową, wiedział że się mecze ale nie reagował. W końcu po jakiś 15 minutach wciągnęłam te głupie dresy na tyłek i teraz już w pomocą Harrego usiadłam na wózek.
H: Chyba będziemy musieli poważnie porozmawiać. - zaczął gdy byliśmy już w samochodzie. Nie miałam ochoty na żadne pogaduszki z nim, wiedziałam że będzie prawił mi kazania. Nie odpowiedziałam mu na to i sądziłam że będzie kontynuował, ale jednak dojechaliśmy w ciszy do domu. W myślach dziękowałam Bogu że namówiłam kiedyś Loczka na dom bez żadnych pięter.. Tłumaczyłam mu żeby był bezpieczny dla naszych przyszłych dzieci. Kto by się spodziewał że sama będę potrzebowała takiego miejsca zamieszkania by było mi łatwiej.. Zaprowadził mnie do salonu i postawił koło kominka w którym o dziwo się paliło. Czułam ciepło na polikach, ramionach, ale moje dolne kończyny były.. Właśnie nie wiem, ta świadomość że nie mogę chodzić, że nie stanę razem z Harrym do ołtarza.. Sama nie wiem czy on jeszcze tego chce, stałam się zimna dla niego, myślę że on może być teraz ze mną tylko z litości. - Proszę.. - przyszedł po jakimś czasie i podał mi ciepłą herbatę.
J: Dzięki.. - wychrypiałam, przyglądałam się co robi. Wziął jakiś koc, nie widziałam go wcześniej, i ustawił mnie na przeciwko siebie.
H: Podnieś trochę ręce.. - uśmiechnął się i odebrał ode mnie kubek z piciem. Zaraz potem owinął mnie, a raczej moje nogi, szczelnie kocem. - Teraz będzie Ci cieplej.. - uśmiechnął się, nie odpowiedziałam na to. Brunet oddał moją herbatę i patrzał na mnie smutno, czułam że ta rozmowa właśnie się zacznie. - (T.i.) posłuchaj.. - wziął kilka oddechów - ..Wiem że odechciało Ci się żyć, nie ma już w twoich oczach tej radości, ten wypadek.. - zaciął się - ..to moja wina, nie powinienem puszczać Cię samą.. - zaczął się obwiniać, ale przecież on nic nie mógł poradzić na moją upartość.
J: Harry nie..
H: Nie przerywaj mi! - podniósł lekko głos - Możesz sobie myśleć co chcesz, ale ja wiem jak jest, gdyby nie ja, gdybym pojechał z Tobą, było by inaczej.. Czuje się za to odpowiedzialny! - był pewien tego co mówi, ale to nie prawda, ja go nie obwiniam! - Teraz zrobię wszystko żebyś odzyskała władzę w nogach, żebyś znów chodziła, pomogę Ci w tym choćbyś mnie wkurzała tysiące razy na dobę, choćbym miał Cię siłą zaciągać na rehabilitacje, choćbyś ze mną zerwała i przestała mnie kochać, ja się nie poddam. Kocham Cię i zrobię wszystko żeby wróciła do Ciebie radość życia, rozumiesz.. - klęknął przede mną i złapał mnie za dłonie. Widziałam łzy w jego oczach, czułam że i w moich się zbierają. On mnie kocha, ale czy ja chce tej pomocy.. Na pewni chce żeby dalej przy mnie był, żeby..
J: Harry ja nie dam rady.. - powiedziałam płaczliwie.
H: Kochanie poradzimy sobie, damy rade.. Jeśli tylko się kochamy to damy rade. - płakał, całował moje dłonie, przytulał się do nich.. - Kochasz mnie, prawda?
...
____________
No dobra! PRZEPRASZAM ŻE TAK DŁUGO, SZCZEGÓLNIE CIEBIE DONA!!
Ale komentujcie a ja obiecuje że się poprawie :D
Naat
piątek, 30 września 2016
Please, You must LIVE! ~ Harry {dla Dony} - część 2
Hejka x
Jest i 2 część.. Widzicie na razie daje rade :D :D
Grunt to się nie poddawać !! :* :*
Dona kolejna część opowiadania dla Ciebie <3
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Nagle otworzyły się te drzwi, wyszedł jeden lekarz, potem jakaś pielęgniarka, kolejny lekarz i ona na łóżku. Była cała zabandażowana, miała rurkę w ustach, pełno kabli, jej twarz była sina, ręce tak samo.. J: Co z nią? - zaczepiłem jakąś kobietę. L: Zoperowaliśmy ją, powinna z tego wyjść. - powiedziała ta lekarka J: Jak to powinna? - zmarszczyłem czoło. L: To są naprawdę ciężkie obrażenia, jak będzie żyć to będzie cud.. J: Co? Kiedy się wybudzi? Kiedy będzie wiadomo że wszystko będzie dobrze? L: To będą decydujące 24 godziny... - jak to decydujące?! Ona musi żyć..!
J: Mogę do niej pójść? - zapytałem z nadzieją.
L: Jest jeszcze nieprzytomna, musimy ją powoli wybudzać z narkozy.. - zawiesiła się i spojrzała smutno w moje oczy - Nie wiem ile potrwa to wszystko, ale może Pan poczeka przed jej salą. Uprzedzam, może to ciągnąć się godzinami..- nie odpowiedziałem, skinąłem tylko delikatnie głową, zgadzając się na to. Zaprowadziła mnie pod sale, gdy tam weszła, znów przez kilka sekund widziałem jej sine ciało. Serce waliło mi jak oszalałe, nie wiedziałem co z sobą zrobić, ale poczekałem tyle godzin więc poczekam i kolejne........
P: Przepraszam Pana? - poczułem na ramieniu jakąś małą dłoń, przetarłem oczy i spojrzałem na pielęgniarkę.
J: Tak? - wychrypiałem, musiałem trochę przysnąć.
P: Pozwoli Pan za mną. - bez słowa wstałem i poszliśmy do jakiegoś gabinetu. Za biurkiem siedziała ta sama lekarka z którą rozmawiałem kilka godzin temu. Wskazała na krzesło, panowała taka dziwna atmosfera, czułem się jakby kończyło się moje życie, jakbym trafił cały sens istnienia.
L: A więc tak.. Musze spisać pewne rzeczy i potrzebna mi jest Pańska pomoc. - ruchem głowy, zgodziłem się - Najpierw najważniejsze.. Pana godność?
J: Harold Styles.
L: Godność poszkodowanej?
J: (T.i.)(T.n.). - w moim głowie nie było żadnych uczuć.
L: Wiek Panny (T.i.)?
J: 21..
L: Rozumiem że jest Pan kimś z rodziny. - spojrzała na mnie
J: Nie, jestem jej narzeczonym. - wziąłem głęboki wdech - (T.i.) przeżyje, prawda? - głos łamał mi się z każdym słowem.
L: Tak, nie ma już zagrożenia, ale Pańska narzeczona będzie jeździć na wózku. W wypadku został uszkodzony kręgosłup przez o nie będzie w 100% sprawna.
J: Jak to? Uda się odzyskać władze w nogach?
L: Sądzę że tak, ale (T.i.) musi dawać z siebie wszystko na rehabilitacjach, nie poddawać się i z czasem może stanąć z powrotem na nogi. - uśmiechnęła się delikatnie, zapewne miało mnie to pocieszyć..
J: Mogę ją zobaczyć? - wstałem z krzesła
L: Pacjentka śpi, ale tak.. Może Pan do niej wejść. - kolejny raz się uśmiechnęła. Nie odwzajemniłem, szybko znalazłem się pod drzwiami do sali mojej (T.i.), przed chwilę się wahałem, ale szybko mi przeszło. Cicho wszedłem do pomieszczenia, na monitorach było widać jak jej serduszko mocno bije. Była taka pokaleczona, cała w siniakach, bandażach,
plastrach.
J: Czemu pozwoliłem Ci samej jechać.. - mówiłem do niej, złapałem delikatnie za jej małą dłoń i potarłem kciukiem. Dopiero teraz, gdy tak na nią patrzyłem, gdy widziałem jak poraniona jest, w moich oczach pojawiły się łzy. Nie chciałem płakać, musiałem być silny dla niej, ale też nie potrafiłem ich teraz powstrzymywać. Tuliłem jej dłoń, moczyłem ją łzami, całowałem po sinych polikach, błagałem żeby szybko wyzdrowiała, żeby wszystko było jak dawniej..
*Oczami (T.i.)*
Słyszałam jak do mnie mówi, ale byłam za słaba żeby otworzyć oczy, odezwać się. Wiem że płakał, czułam jego łzy, słyszałam to po jego głosie. Chciałam go przeprosić za ten wypadek, sama nie wiem jak do niego doszło, przecież jechałam ostrożnie!
H: To moja wina.. Gdybym samej Cie nie puścił, pewnie nie doszło by do tego, uśmiechałabyś się teraz, czekała na nasz ślub, a tak..? Musisz tu leżeć, musisz wyzdrowieć dla nas Mała, musisz żyć! Nie wytrzymam bez Ciebie! Obudź się, daj mi znak że mnie słyszysz, że wszystko jest dobrze, że będzie dobrze.. - płakał, czułam jak i w moich oczach zbierają się łzy. Powoli próbowałam je otworzyć, pomału przyzwyczajałam się do jasnego światła, aż w końcu ujrzałam go. Na początku obraz był rozmazany ale po chwili widziałam wyraźnie, jak Loczek płacze tuląc się do mojej dłoni.
J: Będzie dobrze.. - wyszeptałam, ten jak poparzony podniósł głowę i otarł szybko słone krople.
H: Kochanie.. Tak bardzo Cię kocham.. Wiesz jak się bałem, myślałem że nie przeżyjesz, że zostawisz mnie samego.. - na nowo się rozpłakał. Samej chciało mi się wyć, nie dlatego że wszystko zaczynało mnie cholernie boleć, tylko dlatego, że on tak cierpiał. Nigdy go takiego nie widziałam, nie aż tak smutnego i zrozpaczonego.
J: Nie mogę Cię zostawić.. Oszalałeś?! Mamy wziąć ślub, będziemy mieli kiedyś dzieci.. - starałam się go jakoś pocieszyć, średnio mi to wyszło.. Harry nawet się nie uśmiechnął. - Amm.. Kochanie jest coś o czym powinnam wiedzieć?
H: N-niee..
...
_______________
OKI!!
To może teraz dacie rade więcej komentarzy niż w poprzedniej części?
Byłabym wdzięczna <3
Kocham Was <3
Naat
Jest i 2 część.. Widzicie na razie daje rade :D :D
Grunt to się nie poddawać !! :* :*
Dona kolejna część opowiadania dla Ciebie <3
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
Nagle otworzyły się te drzwi, wyszedł jeden lekarz, potem jakaś pielęgniarka, kolejny lekarz i ona na łóżku. Była cała zabandażowana, miała rurkę w ustach, pełno kabli, jej twarz była sina, ręce tak samo.. J: Co z nią? - zaczepiłem jakąś kobietę. L: Zoperowaliśmy ją, powinna z tego wyjść. - powiedziała ta lekarka J: Jak to powinna? - zmarszczyłem czoło. L: To są naprawdę ciężkie obrażenia, jak będzie żyć to będzie cud.. J: Co? Kiedy się wybudzi? Kiedy będzie wiadomo że wszystko będzie dobrze? L: To będą decydujące 24 godziny... - jak to decydujące?! Ona musi żyć..!
J: Mogę do niej pójść? - zapytałem z nadzieją.
L: Jest jeszcze nieprzytomna, musimy ją powoli wybudzać z narkozy.. - zawiesiła się i spojrzała smutno w moje oczy - Nie wiem ile potrwa to wszystko, ale może Pan poczeka przed jej salą. Uprzedzam, może to ciągnąć się godzinami..- nie odpowiedziałem, skinąłem tylko delikatnie głową, zgadzając się na to. Zaprowadziła mnie pod sale, gdy tam weszła, znów przez kilka sekund widziałem jej sine ciało. Serce waliło mi jak oszalałe, nie wiedziałem co z sobą zrobić, ale poczekałem tyle godzin więc poczekam i kolejne........
P: Przepraszam Pana? - poczułem na ramieniu jakąś małą dłoń, przetarłem oczy i spojrzałem na pielęgniarkę.
J: Tak? - wychrypiałem, musiałem trochę przysnąć.
P: Pozwoli Pan za mną. - bez słowa wstałem i poszliśmy do jakiegoś gabinetu. Za biurkiem siedziała ta sama lekarka z którą rozmawiałem kilka godzin temu. Wskazała na krzesło, panowała taka dziwna atmosfera, czułem się jakby kończyło się moje życie, jakbym trafił cały sens istnienia.
L: A więc tak.. Musze spisać pewne rzeczy i potrzebna mi jest Pańska pomoc. - ruchem głowy, zgodziłem się - Najpierw najważniejsze.. Pana godność?
J: Harold Styles.
L: Godność poszkodowanej?
J: (T.i.)(T.n.). - w moim głowie nie było żadnych uczuć.
L: Wiek Panny (T.i.)?
J: 21..
L: Rozumiem że jest Pan kimś z rodziny. - spojrzała na mnie
J: Nie, jestem jej narzeczonym. - wziąłem głęboki wdech - (T.i.) przeżyje, prawda? - głos łamał mi się z każdym słowem.
L: Tak, nie ma już zagrożenia, ale Pańska narzeczona będzie jeździć na wózku. W wypadku został uszkodzony kręgosłup przez o nie będzie w 100% sprawna.
J: Jak to? Uda się odzyskać władze w nogach?
L: Sądzę że tak, ale (T.i.) musi dawać z siebie wszystko na rehabilitacjach, nie poddawać się i z czasem może stanąć z powrotem na nogi. - uśmiechnęła się delikatnie, zapewne miało mnie to pocieszyć..
J: Mogę ją zobaczyć? - wstałem z krzesła
L: Pacjentka śpi, ale tak.. Może Pan do niej wejść. - kolejny raz się uśmiechnęła. Nie odwzajemniłem, szybko znalazłem się pod drzwiami do sali mojej (T.i.), przed chwilę się wahałem, ale szybko mi przeszło. Cicho wszedłem do pomieszczenia, na monitorach było widać jak jej serduszko mocno bije. Była taka pokaleczona, cała w siniakach, bandażach, plastrach.
J: Czemu pozwoliłem Ci samej jechać.. - mówiłem do niej, złapałem delikatnie za jej małą dłoń i potarłem kciukiem. Dopiero teraz, gdy tak na nią patrzyłem, gdy widziałem jak poraniona jest, w moich oczach pojawiły się łzy. Nie chciałem płakać, musiałem być silny dla niej, ale też nie potrafiłem ich teraz powstrzymywać. Tuliłem jej dłoń, moczyłem ją łzami, całowałem po sinych polikach, błagałem żeby szybko wyzdrowiała, żeby wszystko było jak dawniej..
*Oczami (T.i.)*
Słyszałam jak do mnie mówi, ale byłam za słaba żeby otworzyć oczy, odezwać się. Wiem że płakał, czułam jego łzy, słyszałam to po jego głosie. Chciałam go przeprosić za ten wypadek, sama nie wiem jak do niego doszło, przecież jechałam ostrożnie!
H: To moja wina.. Gdybym samej Cie nie puścił, pewnie nie doszło by do tego, uśmiechałabyś się teraz, czekała na nasz ślub, a tak..? Musisz tu leżeć, musisz wyzdrowieć dla nas Mała, musisz żyć! Nie wytrzymam bez Ciebie! Obudź się, daj mi znak że mnie słyszysz, że wszystko jest dobrze, że będzie dobrze.. - płakał, czułam jak i w moich oczach zbierają się łzy. Powoli próbowałam je otworzyć, pomału przyzwyczajałam się do jasnego światła, aż w końcu ujrzałam go. Na początku obraz był rozmazany ale po chwili widziałam wyraźnie, jak Loczek płacze tuląc się do mojej dłoni.
J: Będzie dobrze.. - wyszeptałam, ten jak poparzony podniósł głowę i otarł szybko słone krople.
H: Kochanie.. Tak bardzo Cię kocham.. Wiesz jak się bałem, myślałem że nie przeżyjesz, że zostawisz mnie samego.. - na nowo się rozpłakał. Samej chciało mi się wyć, nie dlatego że wszystko zaczynało mnie cholernie boleć, tylko dlatego, że on tak cierpiał. Nigdy go takiego nie widziałam, nie aż tak smutnego i zrozpaczonego.
J: Nie mogę Cię zostawić.. Oszalałeś?! Mamy wziąć ślub, będziemy mieli kiedyś dzieci.. - starałam się go jakoś pocieszyć, średnio mi to wyszło.. Harry nawet się nie uśmiechnął. - Amm.. Kochanie jest coś o czym powinnam wiedzieć?
H: N-niee..
...
_______________
OKI!!
To może teraz dacie rade więcej komentarzy niż w poprzedniej części?
Byłabym wdzięczna <3
Kocham Was <3
Naat
czwartek, 29 września 2016
Please, You must LIVE! ~ Harry {dla Dony} - część 1
Aloha Kochani!!
Wiem wiem, dawno mnie tu nie było, ale zebrałam się.. Myślę że to dzięki Donie.. napisała do mnie maila z prośbą zamówienia opowiadania. Zgodziłam sie i coś napisałam.
Dona pierwsza część jest!!..
Przepraszam resztę za tak długą nieobecność!! Może uda mi się też napisać coś na Night Changes ~ Darker Life.. <3
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
J: Hazz daj spokój, sama dam rade! - powiedziałam już nieco zirytowana tym że nic sama bez niego nie mogę zrobić. Jesteśmy już około półtora roku po zaręczynach a ja dalej nie mogę wyjść nawet na zakupy, bo mój kochany zaraz się obraża.
H: Niech będzie.. - powiedział niepewnie - ..ale masz zadzwonić zaraz gdy dotrzesz na miejsce. - podszedł do mnie i oplótł mnie ramionami. Jego zielonkawe tęczówki przeszywały moje szarawe oczy na wskroś.
J: Wiem Kochanie. - uśmiechnęłam się delikatnie, a zaraz potem dałam mu buziaka. Zabrałam torbę z rzeczami, kluczyki i żegnając się z Loczkiem wyszłam z naszego domu. Jechałam do Anne, bo mamy razem jechać wybrać suknie. Droga ogólnie mijała mi naprawdę miło, w radio leciała moja ulubiona piosenka i nagle ten huk, trzask, szkła przylatywały obok mojej głowy i.. I dalej nic nie pamiętam.. CIEMNOŚĆ!!
*Oczami Harrego*
Pojechała, a ja jak jakiś idiota przed 10 dobrych minut stałem i patrzałem w stronę w którą odjechała. Miałem złe przeczucie, byłem niemal pewien że coś złego może się jej stać. W domu nie mogłem znaleźć sobie miejsca, łaziłem w te i z powrotem co chwile sprawdzając telefon. Do domu mamy jedzie się jakieś półtorej godziny, jak ja jestem za kółkiem, (T.i.) może jechać ostrożniej niż ja wiec dam jej dwie godziny.
30 minut.....
15 minut..... Dzwoni.. ale to Anne!
J: Halo?
A: Cześć Słońce, (T.i.) przyjedzie dzisiaj? - mama zapytała, czułem w głosie jej lekkie zdenerwowanie, przez co moje nerwy zwiększyły swoją moc.
J: Tak, będzie. - starałem się brzmieć normalnie. - Zaraz w sumie powinna być.
A: No to dobrze, to ja czekam.. Miłego dnia Kochanie. - rozłączyła się, a ja znów patrzałem zniecierpliwiony w ekran telefonu.
10 minut....
5 minut....
3 minuty..
J: Zwariuje zaraz!!!!!! - krzyknąłem sam do siebie. W tej samej chwili zabrzmiał dzwonek mojej komórki. To ONA!! - Halo? Dotarłaś? - chyba się trochę uspokoiłem.
K: Amm.. Czy pan jest kimś bliskim dla (T.i.)(T.N.)? - to nie była ona, to jakiś ktoś, jakiś mężczyzna.
J: Tak, jestem jej narzeczonym. - powiedziałem zdenerwowany - O co chodzi? Czy coś jej się stało?
K: Tak, pani (T.i.) miała wypadek.. - nagle świat dookoła się zatrzymał, moje serce na kilka sekund przestało bić, a zaraz po tym było milion razy na minute.. - Halo? Słyszy mnie Pan? - odzywał się
J: Tak, gdzie to się stało? - zabrałem kluczyli i wybiegłem z domu.
K: Przed miasteczkiem Homles Chapel, zna Pan tą miejscowość?
J: Tak! - powiedziałem pospiesznie
K: Przy dużej polanie na której rośnie tylko jedno drzewo.. wezwałem już karetkę.. - rozłączyłem się. Znałem doskonale to miejsce, zabierałem pod to drzewo (t.i.). Musiało być aż tak źle że ambulans wzywał.. Miałem gdzieś przepisy, wyprzedzałem każdy samochód po kolei, miałem gdzieś że sam mogę spowodować wypadek. Po niecałej godzinie byłem na miejscu, to o widziałem było przerażające! Samochód mojej (T.i.) był wgnieciony w drzewo!!
J: Gdzie ona jest?! - krzyknąłem. Spojrzeli się na mnie, w ich oczach nie było nic dobrego.
K: To Pan? Zabrali Pana narzeczona do szpitala. Musi Pan załatwić coś w policją.. - poinformował mnie jakiś niski, starszy mężczyzna.
J: Nic nie muszę! - warknąłem - Do jakiego szpitala ją zabrali? - spojrzałem wyczekująco na niego, zaciskałem mocno zęby.
P: Dzień dobry, zna Pan tę dziewczynę? - podszedł jakiś policjant.
J: Tak! To moja narzeczona! Do jakiego szpitala ją zabrali?! - krzyczałem.
P: Niech Pan się uspokoi! - zagroził
P2: Do szpitala w Nortwich, niech Pan jedzie, skontaktujemy się z Panem. - powiedział jakiś drugi policjant. Byłem mu wdzięczny! Szybko wsiadłem w auto i ruszyłem w drogę, daleko nie było, więc mam nadzieje że (T.i.) już tam jest. 20 minut później byłem na miejscu, wbiegłem do budynku i zacząłem się rozglądać. Ludzie dookoła mnie patrzeli się jakbym był jakimś gangsterem.
J: Gdzie Ona jest? - powiedziałem przy rejestracji.
K: Kto? - zapytała zdziwiona kobieta za ladą.
J: Moja narzeczona.. Znaczy (T.i.)(T.n.) z wypadku.. - wyjaśniłem. W jej oczach było coś w rodzaju współczucia.
K: Przed chwilą ją przywieźli i od razu zabrali na sale operacyjną. Naprawdę mi przykro. - jej głos się ściszył przy ostatnim zdaniu. Może Pan poczekać pod salą 21, ale zapewne to trochę potrwa. - nic nie odpowiedziałem, poszedłem pod wskazane miejsce, usiadłem na tych niewygodnych krzesełkach i czekałem..czekałem..czekałem i czekałem.. W mojej głowie było tak dużo myśli że nie mogłem skupić sie na żadnej z nich. Telefon dzwonił co chwile, jakieś znane i nie znane numery, ja nawet nie miałem siły oddychać a co dopiero z kimś rozmawiać i to jeszcze o tym. Jak przypomnę sobie ten przerażający widok, z jednej strony maska pojazdu przytuliła drzewo, a z drugiej.. inny samochód wbity w tył auta (T.i.). 4 godzina mija i nic jeszcze nie wiem. Zerwałem sie na równe nogi przez co zakręciło mi się w głowie. Nagle otworzyły się te drzwi, wyszedł jeden lekarz, potem jakaś pielęgniarka, kolejny lekarz i ona na łóżku. Była cała zabandażowana, miała rurkę w ustach, pełno kabli, jej twarz była sina, ręce tak samo..
J: Co z nią? - zaczepiłem jakąś kobietę.
L: Zoperowaliśmy ją, powinna z tego wyjść. - powiedziała ta lekarka
J: Jak to powinna? - zmarszczyłem czoło.
L: To są naprawdę ciężkie obrażenia, jak będzie żyć to będzie cud..
J: Co? Kiedy się wybudzi? Kiedy będzie wiadomo że wszystko będzie dobrze?
L: To będą decydujące 24 godziny...
...
_______________
I jak? Może tak być? Piszcie mi Kochani, bo nie wiem, czy nie wyszłam z wprawy..!!!
Skomentujcie choć kilka razy!! :* :* :*
Naat
Wiem wiem, dawno mnie tu nie było, ale zebrałam się.. Myślę że to dzięki Donie.. napisała do mnie maila z prośbą zamówienia opowiadania. Zgodziłam sie i coś napisałam.
Dona pierwsza część jest!!..
Przepraszam resztę za tak długą nieobecność!! Może uda mi się też napisać coś na Night Changes ~ Darker Life.. <3
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
J: Hazz daj spokój, sama dam rade! - powiedziałam już nieco zirytowana tym że nic sama bez niego nie mogę zrobić. Jesteśmy już około półtora roku po zaręczynach a ja dalej nie mogę wyjść nawet na zakupy, bo mój kochany zaraz się obraża.
H: Niech będzie.. - powiedział niepewnie - ..ale masz zadzwonić zaraz gdy dotrzesz na miejsce. - podszedł do mnie i oplótł mnie ramionami. Jego zielonkawe tęczówki przeszywały moje szarawe oczy na wskroś.
J: Wiem Kochanie. - uśmiechnęłam się delikatnie, a zaraz potem dałam mu buziaka. Zabrałam torbę z rzeczami, kluczyki i żegnając się z Loczkiem wyszłam z naszego domu. Jechałam do Anne, bo mamy razem jechać wybrać suknie. Droga ogólnie mijała mi naprawdę miło, w radio leciała moja ulubiona piosenka i nagle ten huk, trzask, szkła przylatywały obok mojej głowy i.. I dalej nic nie pamiętam.. CIEMNOŚĆ!!
*Oczami Harrego*
Pojechała, a ja jak jakiś idiota przed 10 dobrych minut stałem i patrzałem w stronę w którą odjechała. Miałem złe przeczucie, byłem niemal pewien że coś złego może się jej stać. W domu nie mogłem znaleźć sobie miejsca, łaziłem w te i z powrotem co chwile sprawdzając telefon. Do domu mamy jedzie się jakieś półtorej godziny, jak ja jestem za kółkiem, (T.i.) może jechać ostrożniej niż ja wiec dam jej dwie godziny.
30 minut.....
15 minut..... Dzwoni.. ale to Anne!
J: Halo?
A: Cześć Słońce, (T.i.) przyjedzie dzisiaj? - mama zapytała, czułem w głosie jej lekkie zdenerwowanie, przez co moje nerwy zwiększyły swoją moc.
J: Tak, będzie. - starałem się brzmieć normalnie. - Zaraz w sumie powinna być.
A: No to dobrze, to ja czekam.. Miłego dnia Kochanie. - rozłączyła się, a ja znów patrzałem zniecierpliwiony w ekran telefonu.
10 minut....
5 minut....
3 minuty..
J: Zwariuje zaraz!!!!!! - krzyknąłem sam do siebie. W tej samej chwili zabrzmiał dzwonek mojej komórki. To ONA!! - Halo? Dotarłaś? - chyba się trochę uspokoiłem.
K: Amm.. Czy pan jest kimś bliskim dla (T.i.)(T.N.)? - to nie była ona, to jakiś ktoś, jakiś mężczyzna.
J: Tak, jestem jej narzeczonym. - powiedziałem zdenerwowany - O co chodzi? Czy coś jej się stało?
K: Tak, pani (T.i.) miała wypadek.. - nagle świat dookoła się zatrzymał, moje serce na kilka sekund przestało bić, a zaraz po tym było milion razy na minute.. - Halo? Słyszy mnie Pan? - odzywał się
J: Tak, gdzie to się stało? - zabrałem kluczyli i wybiegłem z domu.
K: Przed miasteczkiem Homles Chapel, zna Pan tą miejscowość?
J: Tak! - powiedziałem pospiesznie
K: Przy dużej polanie na której rośnie tylko jedno drzewo.. wezwałem już karetkę.. - rozłączyłem się. Znałem doskonale to miejsce, zabierałem pod to drzewo (t.i.). Musiało być aż tak źle że ambulans wzywał.. Miałem gdzieś przepisy, wyprzedzałem każdy samochód po kolei, miałem gdzieś że sam mogę spowodować wypadek. Po niecałej godzinie byłem na miejscu, to o widziałem było przerażające! Samochód mojej (T.i.) był wgnieciony w drzewo!!
J: Gdzie ona jest?! - krzyknąłem. Spojrzeli się na mnie, w ich oczach nie było nic dobrego.
K: To Pan? Zabrali Pana narzeczona do szpitala. Musi Pan załatwić coś w policją.. - poinformował mnie jakiś niski, starszy mężczyzna.
J: Nic nie muszę! - warknąłem - Do jakiego szpitala ją zabrali? - spojrzałem wyczekująco na niego, zaciskałem mocno zęby.
P: Dzień dobry, zna Pan tę dziewczynę? - podszedł jakiś policjant.
J: Tak! To moja narzeczona! Do jakiego szpitala ją zabrali?! - krzyczałem.
P: Niech Pan się uspokoi! - zagroził
P2: Do szpitala w Nortwich, niech Pan jedzie, skontaktujemy się z Panem. - powiedział jakiś drugi policjant. Byłem mu wdzięczny! Szybko wsiadłem w auto i ruszyłem w drogę, daleko nie było, więc mam nadzieje że (T.i.) już tam jest. 20 minut później byłem na miejscu, wbiegłem do budynku i zacząłem się rozglądać. Ludzie dookoła mnie patrzeli się jakbym był jakimś gangsterem.
J: Gdzie Ona jest? - powiedziałem przy rejestracji.
K: Kto? - zapytała zdziwiona kobieta za ladą.
J: Moja narzeczona.. Znaczy (T.i.)(T.n.) z wypadku.. - wyjaśniłem. W jej oczach było coś w rodzaju współczucia.
K: Przed chwilą ją przywieźli i od razu zabrali na sale operacyjną. Naprawdę mi przykro. - jej głos się ściszył przy ostatnim zdaniu. Może Pan poczekać pod salą 21, ale zapewne to trochę potrwa. - nic nie odpowiedziałem, poszedłem pod wskazane miejsce, usiadłem na tych niewygodnych krzesełkach i czekałem..czekałem..czekałem i czekałem.. W mojej głowie było tak dużo myśli że nie mogłem skupić sie na żadnej z nich. Telefon dzwonił co chwile, jakieś znane i nie znane numery, ja nawet nie miałem siły oddychać a co dopiero z kimś rozmawiać i to jeszcze o tym. Jak przypomnę sobie ten przerażający widok, z jednej strony maska pojazdu przytuliła drzewo, a z drugiej.. inny samochód wbity w tył auta (T.i.). 4 godzina mija i nic jeszcze nie wiem. Zerwałem sie na równe nogi przez co zakręciło mi się w głowie. Nagle otworzyły się te drzwi, wyszedł jeden lekarz, potem jakaś pielęgniarka, kolejny lekarz i ona na łóżku. Była cała zabandażowana, miała rurkę w ustach, pełno kabli, jej twarz była sina, ręce tak samo..
J: Co z nią? - zaczepiłem jakąś kobietę.
L: Zoperowaliśmy ją, powinna z tego wyjść. - powiedziała ta lekarka
J: Jak to powinna? - zmarszczyłem czoło.
L: To są naprawdę ciężkie obrażenia, jak będzie żyć to będzie cud..
J: Co? Kiedy się wybudzi? Kiedy będzie wiadomo że wszystko będzie dobrze?
L: To będą decydujące 24 godziny...
...
_______________
I jak? Może tak być? Piszcie mi Kochani, bo nie wiem, czy nie wyszłam z wprawy..!!!
Skomentujcie choć kilka razy!! :* :* :*
Naat
Subskrybuj:
Posty (Atom)



