One Direction i My.. - imaginy

poniedziałek, 20 marca 2017

Make love not war ~ Harry część 7/ostatnia

- Mamy mało czasu. - szepnąłem, a blondynka skinęła głową. Wyciągnęła z szafy różnej wielkości torby i zaczęła wkładać do nich ubrania, dokumenty i wartościowe przedmioty. Po godzinie byliśmy spakowani w dwie torby i plecak z jedzeniem.
- Będzie mi brakować tego domu. - powiedziała przekręcając klucz w drzwiach.
- Najważniejsze, że mamy siebie. - pocałowałem ją w głowę. Niosłem bagaże, a Lily prowadziła wózek ze śpiącą Darcy. Wkrótce dotarliśmy na stację kolejową. W tłumie ludzi ujrzałem parę, której rozmowę usłyszałem na straganie.
- Irlandia. - rzuciłem prawie niesłyszalnie. Mężczyzna spojrzał na mnie zaskoczony, jednak kiedy zauważył bagaże i wózek uśmiechnął się przyjaźnie.
- Chodź, załatwię Ci lewe dokumenty. - powiedział prowadząc mnie do jednej z kas. Szepnął coś do kobiety siedzącej po drugiej stronie, a ta skinęła głowa i zaczęła wypełniać jakieś druczki, które po chwili mi podała.
- Dziękuje. - uścisnąłem dłoń mężczyzny. Spojrzałem na bilety w celu odnalezienia fałszywych danych. Rozszyfrowałem niewyraźne litery tworzące napis „Leo Walker & Dakota Mitchell – Ireland” oraz pieczątkę z dzisiejszą datą.
- A co z biletem dla mojej córeczki? - zapytałem niepewnie.
- Jest za mała, nie pozwolą jej pojechać z wami. Musi tu zostać. - powiedział zmartwiony mężczyzna. Wstrzymałem powietrze, a dłonie zaczęły drżeć. Jak to zostać? Z kim? Ani ja, ani Lily nie ruszymy się stąd bez Darcy. Jesteśmy rodziną i przede wszystkim musimy trzymać się razem. Nie wyobrażam sobie zostawić niemowlaka na stacji kolejowej kosztem nowego życia. Jaki sens miałoby to życie ze świadomością, że nasze dziecko zostało w innym kraju?
- Nie ma mowy. Nie porzucimy własnej córki. - syknąłem zły.
- Wrócicie po nią, gdy sytuacja się uspokoi. Tak będzie lepiej dla was, a przede wszystkim dla małej. - zapewnił spokojnym głosem nieznajomy.
- Nawet nie ma z kim tu zostać. - wyznałem ze skruchą.
- Przykro mi. - powiedział z uśmiechem wyrażającym współczucie. Nie miałem siły, a tym bardziej ochoty go odwzajemniać.
- Jeszcze raz dziękuje za chęci. I powodzenia. - pożegnałem się i już miałem odchodzić, kiedy poczułem szarpnięcie za ramię.
- Poczekaj..
- Harry. - dokończyłem
- George - przedstawił się. Skinąłem głową, dając George'owi znak, aby kontynuował.
- Mała nie może płakać. To ryzykowne, ale jeśli zajmiecie miejsce w ostatnim przedziale, weźmiesz córeczkę na ręce i przykryjesz się kurtką, może się udać. Kontrola odbywa się na drugim postoju. Przeszukują tylko bagaż, dlatego musisz pozbyć się wózka.
- A co z ubrankami i zabawkami? - zapytałem jakby weselej, bo pojawiła się iskierka nadziei.
- Powiedzcie, że to dla dziecka znajomego z Irlandii w ramach prezentu. Tylko nie zająknij się przy kłamstwie. W przeciwnym razie ściągniesz na swoją rodzinę poważne kłopoty. Idź do żony, pociąg odjeżdża za 15 minut. - ostrzegł i poklepał mnie po ramieniu.
- Mam nadzieję, że kiedyś ci się odwdzięczę. - uśmiechnąłem się.
- Do zobaczenia Harry. - powiedział i zniknął w tłumie. Odnalazłem wzrokiem Lily trzymającą Darcy na rękach. Po chwili znalazłem się obok moich kobiet. Przedstawiłem ukochanej plan działania i mimo strachu, jaki dostrzegłem w jej oczach, zgodziła się na wszystko. Wiedziała, że nie mamy innego wyjścia. Za dużo już przeszliśmy i za wiele mogliśmy stracić, żeby teraz się wycofać. Darcy zasnęła w ramionach Lily, więc była szansa, że nie zdąży się obudzić do drugiej stacji. Wziąłem córeczkę od ukochanej i zarzuciłem kurtkę na ramiona. Ułożyłem dziewczynkę na przedramieniu, w efekcie czego wyglądałem, jakbym miał złamaną rękę zawieszoną na temblaku. Udało nam się zająć miejsca na samym tyle pustego przedziału i ruszyliśmy. Z każdą chwilą napięcie wzrastało, a nerwy brały górę. Dotyk Lily działał kojąco, ale nie był w stanie mnie uspokoić. Blondynka również niepokoiła się coraz bardziej. W końcu nadszedł moment, który miał zadecydować o wszystkim. Pociąg zatrzymał się. Przez okno widziałem kilku mężczyzn w mundurach, gotowych do przeprowadzenia kontroli. Byli to głównie Anglicy. Wsiedli do pojazdu i każdy z nich zajął się osobnym przedziałem. Zapiąłem kurtkę, uprzednio upewniając się, że nie odetnę tym córeczce dopływu powietrza.
- Proszę przygotować dokumenty. - polecił żołnierz podchodząc do nas. Lily podała mu papiery zdobyte na peronie. Twarz mężczyzny wydawała mi się znajoma, co nieco mnie zaniepokoiło.
- Coś nie tak? - zapytała nerwowo Lily, kiedy Anglik spoglądał to na nas, to na papiery.
- Nie naszywasz się przypadkiem Harry? - szepnął po chwili.
- James? - odpowiedziałem równie cicho. Byłem niemal pewien, że należał do grupy „wybranych”, którym udało się wrócić do stolicy, jak ja i Nathan.
- Stary, masz szczęście, że na mnie trafiłeś. Pozostali mają cię za zdrajcę i nie wiem co by ci zrobili, gdyby cię tu znaleźli. Uciekacie na zachód? - chłopak uśmiechnął się do nas. Dobrze go znałem i wiedziałem, że zasługuje na zaufanie.
- Póki co zatrzymamy się w Irlandii. - powiedziałem. Nagle Darcy poruszyła się pod kurtką, co nie umknęło uwadze Jamesa.
- Co to było do cholery? - zapytał ostrym tonem, zupełnie innym niż chwilę wcześniej. Rozpiąłem delikatnie kurtkę, a oczom żołnierza ukazała się śliczna maleńka istotka. Patrzył na nią z niedowierzaniem.
- Harry, przecież wiesz co za to grozi.. - powiedział przyciszonym głosem.
- Musisz nam pomóc. Proszę. - wtrąciła się Lily. James nie wiedział co zrobić, jednak po chwili pokiwał głową ze zrezygnowaniem. Wyjął z wewnętrznej kieszeni kurtki kopertę i podał ją blondynce.
- Zgoda, pod warunkiem, że wręczycie to Sophie Watson. To moja żona, mieszka w obozie dla uchodźców. Nie wiem, czy kiedykolwiek jeszcze ją zobaczę. - wyznał, a po policzku spłynęła mu łza, którą jednak szybko wytarł. Lily wzięła kopertę i uścisnęła dłoń chłopaka, aby dodać mu otuchy.
- Musisz mieć nadzieję. - powiedziałem z bladym uśmiechem.
- Tylko ona trzyma mnie przy życiu. Powodzenia. - rzucił na odchodne i wyszedł z pociągu, podobnie jak pozostali żołnierze. Pociąg ruszył, a my odetchnęliśmy z ulgą. Następny przystanek – Irlandia. Czas zacząć nowe życie.
___________________________________________
Hej, a więc to już koniec tego opowiadania. Mam nadzieję, że nie zawiodłam Was końcówką :) Jak oceniacie całą historię Lily i Harrego? Liczę na Wasze opinie! ♥
Dajcie też znać z kim ma być następne opowiadanie, może z Zaynem? :)
littlegirl

sobota, 18 marca 2017

Niall / 3

- Nazywam się (T.i.) (T.n.), dzwonię w pewnej bardzo interesującej sprawie...
- A mianowicie? - chciał przejść do sedna jak najszybciej, aby zakończyć rozmowę i w spokoju posiedzieć i poleniuchować. 
- To nie jest rozmowa na telefon.
- Co w takim razie pani proponuje? - zapytał.
- Może spotkanie tak na początek? - zaproponowała.
- W porządku. Jak na razie mam krótki urlop, więc w przeciągu kilku dni skontaktuję się z panią - odparł będąc naprawdę zmęczony.
- Obawiam się, że za kilka dni może być już za późno - lekkie zmartwienie w jej głosie zaniepokoiło go.
- To znaczy?
- To nie rozmowa na telefon. Daję panu czterdzieści osiem godzin, ni sekundy więcej - stanowczy ton zbił go z tropu. Pokiwał głową, dopiero po chwili spostrzegając, że rozmówczyni nie ma szans dostrzec tego gestu.
- W porządku? Uh, nie mam pojęcia o czym pani mówi i dlaczego dzwoni do mnie, ale proszę nie robić tego więcej w taki sposób. Jeśli chce pani pożartować, to jak najbardziej, ale z takich rzeczy? No proszę.
- Widzę, że pan nie rozumie. Proszę się ubrać, będę za 5 minut. Mówię całkiem poważnie - usłyszał tuż przed dźwiękiem kończącym rozmowę.
Był w szoku, ale miał wrażenie, że ta cała (T.i.) (T.n.) faktycznie się tu zaraz pojawi. Poszedł więc do sypialni, wybrał jakieś jeansy i biały T-shirt, przebrał się w nie, po czym z telefonem w dłoni podszedł do okna w salonie wychodzącego na ulicę przed jego domem. Cała ta sprawa dziwnie się prezentowała, a on naprawdę miał dość. Chciał przez jeden dzień mieć spokój. Jeden, jedyny dzień.
Usiadł na kanapie i puścił muzykę z głośników. Od razu zrobiło mu się lepiej.
Jednak dzwonek do drzwi skutecznie popsuł całą tą chwilę. Wstał i wyjrzał przez wizjer. Jakoś dziwnie jasno, jakby ktoś latarką świecił prosto w otwór. Uchyliłem delikatnie drzwi, a jasna postać wparowała do środka i zatrzasnęła je, natychmiast ryglując zamki.
- Co tu się... - nie zdążył dokończyć, a ona pociągnęła go do kuchni.
- Przepraszam, zaraz wszystko wytłumaczę. Najpierw jednak, czy twój dom stoi na uświęconej ziemi? - spojrzał na nią jak na wariatkę, ale przytaknął. Postać natychmiast uspokoiła się i bijący od niej jakby blask nieco przygasł. Niall zaczął się śmiać i wstał z krzesła, aby podjeść do blatu.
- Widzę, że sprawa  szykuje się naprawdę wesoła. Jak mniemam, panna (T.i.)?
- Tak.
- Cóż, miło poznać, Niall Horan - odezwał się wystawiając rękę, na którą spojrzała, ale nie ujęła. - Kawy, herbaty, soku?
- Sok? - kobieta zachowywała się naprawdę dziwnie. On jednak wciąż uśmiechał się, ponieważ humor poprawił mu się dość znacznie.
Nalał więc soku pomarańczowego i podał jej szklankę. Napiła się troszkę i odstawiła na bok.
- Dobrze, więc co panią do mnie sprowadza? - zabrzmiało to filmowo. Zresztą cała ta sytuacja wydawała się nierealna, jakby wyjęta z kontekstu jakieś produkcji.
- Najpierw musi mnie pan lepiej poznać.
- W czym ma to pomóc? - zaciekawił się. Obca kobieta dzwoni do ciebie informując, że za chwilę pojawi się w twoim domu, a gdy już przychodzi wpada do środka jakby co najmniej ktoś ją gonił - kto by nie był zainteresowany.
- Zrozumie pan lepiej sytuację. Proszę mi zaufać - uśmiechnęła się miło.
Niall spojrzał na nią dziwnie, po czym wstał i wstawił wodę na kawę.
- Myślę, że powinna sobie pani pójść, panno (T.i.). Nie podoba mi się cała ta sytuacja, wparowuje pani do mojego domu i robi zamieszanie.
Kobieta spojrzała na niego i zamrugała. Wstała i podeszła do niego, a następnie przyłożyła swoją dłoń do jego klatki piersiowej. Poczuł dziwne ciepło, a po chwili przeszedł go przyjemny dreszcz.
- Zaufaj mi - szepnęła i odsunęła się, wyciągając rękę w jego stronę. Złapał ją, a ona pociągnęła go do korytarza. Ubrał buty i wyszli.
Nie wiedział dlaczego dał sobą tak po prostu kierować. Szedł powierzając się jej całkowicie. Miała nad nim kontrolę, a on nie potrafił okiełznać tego uczucia. Nie wiedział ile szli, gdzie i w jakim celu. Jednak w końcu zatrzymali się, a ona zerwała więź, puszczając jego dłoń. Stali na polanie odgrodzonej od świata przez ścianę drzew. Przypominała nieco kwadrat, jednak nie była idealnie równa. Mimo to miała swój urok, któremu zdecydowanie uległ.
- Dlaczego tu jesteśmy? - zapytał.
- Spójrz - wskazała na coś za nim, ignorując jego pytanie. Odwrócił się i zobaczył wielki, niebieski kwiat. - Kielich, który pozwoliłby ci przejrzeć na oczy. Dałby odpowiedzi na wszystko to, co cię dręczy. Wzmocniłby cię, pokazał to, kim naprawdę jesteś.
Nagle wszystko zaczęło się rozmywać. Przymknął powieki odnosząc wrażenie że coś zmusiło go, aby się skurczył. Gdy uniósł je, znów siedział w fotelu, na telewizorze leciały napisy końcowe jego ulubionego filmu, a on czuł się zdezorientowany.
- Znajdź go - usłyszał wewnątrz siebie i był pewny, że zwariował. Sięgnął po swój telefon i sprawdził rejestr połączeń, jednak ostatni numer, który w nim widniał, należał do szefa. Nie wiedział co się dzieje i dlaczego tak się dzieje, ale zrzucił to na kark zmęczenia. Za oknem pomarańczowe promienie słońca majaczyły już na horyzoncie, jednak nie przeszkodziło mu to w szybkim podjęciu decyzji oraz realizacji jej. W dresie już był, dlatego też włożył buty na stopy, złapał jeszcze z portfela banknot, aby w drodze powrotnej kupić mleko i wybiegł z domu uprzednio zamykając drzwi.
Biegł z uśmiechem na ustach. Kochał gdy wiatr głaskał go po twarzy, gdy dźwięki przyrody zewsząd go otaczającej opowiadały mu swoją historię. Uwielbiał złoto rozlewające się po świecie wraz z zachodzącym słońcem. Śmiał się wówczas do życia, które odpowiadało mu ze zdwojoną siłą.
Nagle usłyszał klakson za sobą, więc odwrócił się ciekawy, przez co zderzył się z kimś. Nim jednak jego ofiara zdążyła spotkać się z podłożem, złapał ją i spojrzał w jej kierunku.
- Przepraszam cię bardzo! Nic ci nie jest? - zapytał małego chłopca już mającego łzy w oczach.
- Nic - pociągnął nosem. Wyprostowali się, a blondyn rozejrzał się wokół.
- Jest tu gdzieś twoja mama? Kupiłbym ci lody w ramach przeprosin - uśmiechnął się przepraszająco.
- Nie wiem, zgubiłem się chyba - odparł malec znów pociągając nosem.
- A pamiętasz adres swojego domu? Albo numer telefonu? - podpytał klękając przed maluchem i sprawdzając, czy na pewno nic mu nie jest. Na szczęście był cały.
- Nie bardzo. Ale mieszkam w takim dużym, niebieskim domu. I mamy pieska! Fifi jest bardzo duży i na płocie jest napisane, że jest zły, ale tak naprawdę on nie lubi być niegrzeczny i niedobry, i zawsze jest super. I mamy też mniejszego pieska. Chupacabra się wabi. On potrafi być groźny. Nawet gryźć umie! Ale mnie nigdy jeszcze nie ugryzł. Kocham go bardzo i nigdy na niego nie krzyczę! To pewnie dlatego - gdy chłopczyk podłapał, że dorosły interesuje się nim, buzia nie chciała mu się zamknąć.
- Naprawdę? A chciałbyś pokazać mi Fifiego i Chupacabre?
- Jasne! Ale musi mnie pan zaprowadzić do domu. Mama nie pozwala mi rozmawiać z obcymi, jak się robi późno i w ogóle nie mogę z nimi rozmawiać, nawet jak jest dzień - powiedział dumnie, przypominając sobie słowa mamy. Nagle dotarło do niego, że przed sobą ma obcego dorosłego i się odsunął. - Jeśli chce pan mi zrobić krzywdę, to będę bardzo głośno krzyczał i policja przyjedzie! Ostrzegam.
- Spokojnie, nie chcę ci nic zrobić. Po prostu chciałbym odprowadzić cię do domu, bo robi się ciemno i mama na pewno martwi się, że jeszcze nie jesteś w domu - odpowiedział spokojnie blondyn i uśmiechnął się do wciąż nieprzekonanego chłopca. - Mam na imię Niall, mieszkam niedaleko. Może nawet jesteśmy sąsiadami!
- No nie wiem.
- I w drodze powrotnej możemy zjeść lody - dodał Niall mając nadzieję, że uda mu się przekonać malucha. Na słowo lody oczy chłopczykowi rozbłysły, a zęby błysnęły.
- Jestem Michael.



~~~~~~~~~~
Hej ^^ Troszkę później niż zamierzałam, ale nie umiałam tego ładnie ująć, żeby mi pasowało. Nadal nie jest idealnie, ale już trudno. Mam nadzieję, że mimo wszystko się spodoba :D
DZIĘKUJĘ ZA 14 KOMENTARZY! <3
Liczę na podobny odzew i szczere opinie:3

Buziaki, DF xx

niedziela, 12 marca 2017

Make love not war ~ Harry część 6

- Styles, to ty? Zatrzymaj się. - rozkazał żołnierz, a ja wykonałem polecenie. Jego zdecydowany i pewny siebie ton wywołał u mnie ciarki na plecach. W ułamku sekundy powróciły wszystkie wspomnienia w pola bitwy. Obrazy rannych i poległych, dźwięki strzałów, krzyków, nawoływania o pomoc, a dodatkowo ten cholerny gęsty dym, który piekł oczy niczym gaz pieprzowy. Do końca życia nie zapomnę tych miesięcy, nieważne jak usilnie bym próbował.
- Tak, to ja. - odpowiedziałem sucho i odwróciłem się w stronę mężczyzny. Nauczono mnie, że lepiej nie zdradzać swoich emocji. Niewzbudzającym podejrzeń ruchem sprawdziłem, czy broń znajduje się w kieszeni. Nie planowałem jej użyć, ale brałem pod uwagę każdą ewentualność.
- Dawno się nie widzieliśmy. - uśmiechnął się ironicznie, podchodząc bliżej.
- Zaledwie kilka dni. - odparłem takim samym tonem.
- Widzisz, już całkowicie straciłem poczucie czasu przez tę monotonię. Zupełnie inaczej niż na zachodzie kraju, gdzie spędziliśmy ostatni rok, prawda? Tam się coś działo, nie to co tutaj. Ach, zapomniałem.. przecież ty nie wiesz o czym mówię, zdrajco. - ostatnie słowo podkreślił. Tym stwierdzeniem uznał za nic całe cierpienie, jakiego doświadczyłem. Zacisnąłem wargi, aby nie dać po sobie poznać, że zabolało mnie to wyzwisko.
- Harry! - usłyszałem anielski głos Lily. Obróciłem głowę w stronę uliczki i ujrzałem uśmiechniętą dziewczynę kierującą się w naszą stronę. Trzymała na rękach malutką Darcy, która bawiła się kosmykami jej włosów. W myślach klnąłem jak szewc, jednak na zewnątrz wciąż zachowywałem pozory niewzruszonego nawoływaniem mężczyzny.
- Ukochana cię woła, tatuśku. Nie reagujesz? - zadrwił Nathan. Z trudem powstrzymałem się, żeby go nie uderzyć.
- Czego właściwie ode mnie chcesz? - zapytałem. Nie rozumiałem jego zachowania. Wracaliśmy do Londynu tym samym samolotem. Chłopak cieszył się z tego powodu chyba jeszcze bardziej niż ja, ciągle powtarzał, że to cud i nasza jedyna szansa. Mimo trudnej sytuacji nie tracił nadziei, za co szczerze go podziwiałem. Coś musiało się stać i nie chodziło tu o moją ucieczkę.
- Ta blondi jest całkiem niezła. Wystarczy, że raz mi da, a nikomu nie powiem, że cię widziałem. - syknął. Kipiałem ze złości. Wytrąciłem mu z rąk karabin i wyciągnąłem pistolet z kieszeni. Przystawiłem chłopakowi broń do skroni. Gdyby mój wzrok mógł zabijać, Nathan byłby już martwy.
- Pojebało cię. - stwierdziłem wściekły. Niespodziewanie żołnierz wyjął swój rewolwer, przysuwając go do mojej głowy. Staliśmy naprzeciwko siebie i z drżącymi rękami trzymaliśmy za spusty.
- NIEE! - krzyknęła rozpaczliwie Lily, która zdążyła znaleźć się obok nas.
- Lily, idź do domu! - poleciłem, nie odrywając wzroku od oczu Nathana. Musiałem uważać na każdy ruch, gdyż mógł on poskutkować śmiercią jednego z nas. Robiło mi się niedobrze na myśl, że mógłby dotknąć mojej ukochanej, ale mimo wszystko nie chciałem go zabić. Nie jestem mordercą. Dziewczyna ani myślała ruszyć się z miejsca, co było dokładnie w jej stylu.
- Proszę.. - szepnęła w stronę Nathana, nie powstrzymując łez. Przyciskała do siebie ciałko Darcy, która musiała źle znieść nerwową sytuację, bo również płakała.

Sekundy zdawały się trwać całą wieczność. Widok Harrego z bronią przy skroni był jak spełnienie najgorszego koszmaru. Bezradność, myśl, że nic nie mogę zrobić doprowadzała mnie do szaleństwa.
- Proszę.. - szepnęłam błagalnie do chłopaka. Zagrażał życiu osoby, którą kochałam najmocniej na świecie. Słone łzy spływały po moich policzkach, z każdą chwilą zamazując obraz coraz bardziej. Córeczka wierciła się niespokojnie, próbowałam ją uspokoić, ale na daremne. Przytuliłam dziewczynkę do siebie, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Przetarłam oczy ręką, aby lepiej widzieć Harrego, być może w ostatnich chwilach jego życia. Nie myślałam racjonalnie, powinnam była udać się z Darcy do domu, tak jak prosił, ale nie mogłam go zostawić. Niespodziewanie, nieznajomy odsunął pistolet na bezpieczną odległość. Harry patrzył na niego z pogardą i nienawiścią, ale uczynił to samo.
- Twój wybór Styles, ale nie myśl, że będę cię krył przed dowódcą. - mruknął młody chłopak.
- Wolę umrzeć, niż sprzedać ci najważniejszą kobietę w moim życiu. - syknął.
- Jak to sprzedać? - wtrąciłam się. Nie rozumiałam nic z tego, o czym mówili.
- Bez przesady, taka ładna nie jesteś. Jeden numerek zapewniłby bezpieczeństwo twojemu chłoptasiowi, ale on, jak widać, tego nie rozumie. - powiedział z cwaniackim uśmieszkiem, mierząc mnie wzrokiem od góry do dołu.
- Przysięgasz, że wtedy nic mu nie będzie już zagrażać? - zapytałam, próbując nie myśleć o tym, co za chwilę miałoby się wydarzyć.
- Lily, chyba zwariowałaś! - krzyknął Harry - Nie zrobisz tego!
- Dla ciebie zrobię wszystko.. - szepnęłam, podchodząc do ukochanego. Wspięłam się na palce i czule go pocałowałam. Próbowałam zapamiętać smak jego ust i myśleć o nich cały czas, który miałam spędzić z nieznajomym. Nie chciałam tego robić, ale byłam przygotowana na każde poświęcenie.

- Spierdalaj stąd Nathan. Naślij na mnie porucznika, ba! Całe wojsko! Możesz tylko pomarzyć o takiej kobiecie, rozumiesz? - powiedziałem, obejmując Lily ramieniem. Widziałem, że chłopak zdążył się już napalić i tak łatwo nie odpuści.
- Będziesz tego żałował. Do zobaczenia. - syknął i splunął mi pod nogi. Nie przejąłem się tym nawet w najmniejszym stopniu. Kiedy żołnierz zniknął za zakrętem, udaliśmy się do domu. Dopiero po zamknięciu drzwi na wszystkie spusty mogłem odetchnąć z ulgą. Zacząłem analizować całą sytuację. Nie spodziewałem się, że Lily będzie w stanie tak się dla mnie poświęcić. Podszedłem do niej i wpiłem się w bladoróżowe usta dziewczyny.
- Kocham cię. - powiedziałem patrząc jej w oczy.
- Kocham cię.. - powtórzyła, opierając swoje czoło o moje.
- Mamy mało czasu..

_________________________________________
Wybaczcie moją długą nieobecność, ale pokonał mnie jakiś okropny wirus i dopiero teraz stanęłam na nogi. Jak widzicie, to jeszcze nie koniec opowiadania :D Bardzo mnie cieszy taki pozytywny odbiór pod poprzednimi częściami i zachęcam do komentowania także tutaj  ♥
littlegirl

wtorek, 28 lutego 2017

Make love not war ~ Harry część 5

Opornie rozchyliłem powieki, w czym pomogło mi letnie słońce, przedzierające się przez jasne zasłony. Spojrzałem w stronę kołyski Darcy, ale nie zastałem tam śpiącej dziewczynki. Odwróciłem głowę i ujrzałem przed sobą Lily, trzymającą niemowlę w objęciach. Uśmiechnąłem się na ten widok, który przypomniał mi, jakim jestem szczęściarzem. Ucałowałem moje kobiety w policzki i cicho wyszedłem z pomieszczenia. Nie chciałem obudzić żadnej z nich, zarówno jedna, jak i druga potrzebowała snu. Postanowiłem skorzystać z tej okazji i przygotować ukochanej śniadanie. Robiłem tak zawsze, kiedy tylko udało mi się wstać przed nią. Jest rannym ptaszkiem, więc raczej nie zdarzało się to często. Marzyłem o naleśnikach z czekoladą i owocami, ale niestety marzeniem musiały pozostać. W szafce znalazłem sucharki, a w lodówce kilka jajek, pewnie od sąsiadki. Przygotowałem tosty francuskie, bo tylko to przyszło mi do głowy. Zaparzyłem kawę, a jej piękny zapach wypełniał nie tylko pomieszczenie, ale stopniowo cały dom. W jednej z szafek znalazłem drewnianą tacę, na której zawsze układałem jedzenie, gdy robiłem Lily śniadanie do łóżka. Uśmiechnąłem się szeroko, przywołując w głowie wszystkie takie poranki. Postawiłem na niej talerz z toastami i kubki z kawą. Wszedłem cicho do sypialni. Lily powoli otworzyła oczy, a gdy mnie ujrzała, zakryła usta ręką. To niesamowite, jaką moc kryją w sobie drobiazgi.
- Dzień dobry kochanie. - szepnąłem i pocałowałem blondynkę w czoło. Przysiadłem na brzegu łóżka. Dziewczyna pospiesznie zajęła miejsce na moich kolanach i wtuliła się we mnie mocno.
- Dziękuje. - szepnęła. Zjedliśmy wspólnie śniadanie, chyba najsmaczniejsze w życiu, tylko dlatego, że spożyte w takim towarzystwie. Chwilę spokoju przerwała Darcy, która właśnie wybudziła się ze snu. Lily wzięła córeczkę na ręce, przewinęła ją i nakarmiła, po czym niemowlę ponownie zasnęło.
- Zaniosę Darcy do sąsiadki. Nie powinna mieć nic przeciwko, pomagała mi wielokrotnie w opiece nad nią. Będziemy mieli chwilę dla siebie. - uśmiechnęła się uwodzicielsko. Przez moje ciało przeszedł przyjemny dreszcz. Nie mam zamiaru udawać, że za tym nie tęskniłem. Mam swoje potrzeby, jak każdy dorosły mężczyzna. Lily ubrała siebie i dziewczynkę, następnie wyszła z domu. Wziąłem w tym czasie prysznic. Kiedy opuściłem łazienkę, Lily już na mnie czekała. Wziąłem ją na ręce, a ona oplotła nogi wokół moich bioder. Przywarłem plecami dziewczyny do ściany, schodząc z pocałunkami na szyję. Sprawnie rozpiąłem wszystkie guziki damskiej koszuli, która po chwili leżała na ziemi. Nie przestając całować jej dekoltu, poszedłem do sypialni i ułożyłem ukochaną na miękkiej pościeli. Ściągnąłem koszulkę i spodnie. Lily nie przyglądała mi się bezczynnie, zdążyła w tym czasie zdjąć swoje jeansy. Pozbawiłem ją bielizny. Chciałem sprawić dziewczynie jak najwięcej przyjemności grą wstępną, uważając jednocześnie, żeby nie sprawić jej bólu. Była dopiero 3 miesiące po porodzie. Ciche pomrukiwania upewniały mnie w przekonaniu, że nie wyszedłem z formy. Kiedy ciało blondynki wygięło się w łuk, a ta jęknęła z rozkoszy, złączyłem nasze usta w namiętnym pocałunku. Położyłem się obok niej, dając chwilę na złapanie oddechu. Uspokoiła się i przejęła kontrolę. Była w tym nieziemska, jednak wciąż czułem niedosyt. Doprowadziłem do spotkania męskości z kobiecością i przyspieszyłem swoje ruchy. Po wszystkim opadliśmy wyczerpani na pościel, ciężko oddychając. Lily wtuliła się w moje rozgrzane ciało.
- Kocham cię. - wyznała.
- Ja ciebie też kocham. - powiedziałem zachrypniętym głosem i ucałowałem jej głowę. Leżeliśmy tak kilka, może kilkanaście minut.
- Zaraz muszę odebrać Darcy. - oznajmiła i wstała, żeby założyć ubranie. Zrobiłem to samo i w cudownych nastrojach zeszliśmy na parter.
- Przygotuję obiad, pewnie zgłodniałaś. - zaśmiałem się, czego Lily nie odwzajemniła.
- Jeśli znajdziesz cokolwiek do jedzenia.. - szepnęła smutno.
- W takim razie ty idź po Darcy, a ja zrobię zakupy. - posłałem jej szczery uśmiech i musnąłem policzek. Wyciągnąłem banknot z kieszeni munduru, który zostawiłem w przedpokoju. Na szczęście dostaliśmy pieniądze na start w Londynie. Dla pewności wsunąłem do kieszeni spodni pistolet, przysłaniając go kurtką. Wolałem przygotować się na każdą okoliczność. Wyszedłem z domu, kierując się w stronę małego sklepiku, który zauważyłem wracając do domu. Niestety, szyby były powybijane, a drzwi wyrwane z zawiasów. Dałbym sobie głowę uciąć, że ostatnio wszystko było z nim w porządku. Zaniepokoiło mnie to, ale musiałem zdobyć coś do jedzenia. Dwie przecznice dalej mieścił się mały targ. Miałem nadzieję, że uda mi się tam kupić jakieś produkty. Zauważyłem zbiorowisko ludzi i uznałem to za dobry znak. Podszedłem bliżej, a moim oczom ukazało się kilka straganów. Kupiłem chleb, masło i mleko. Nic więcej nie było. W kolejce po zakupy usłyszałem przypadkiem rozmowę kobiety i mężczyzny.
- Jesteś pewien? A jeśli to pułapka? - pytała nerwowo szatynka, a jej partner westchnął.
- Tak, już ci mówiłem 3 razy. Wiem to z pewnych źródeł, tym ludziom można zaufać. - ściszył głos - To obóz dla uchodźców, nic nam tam nie grozi. Nie tylko w Irlandii. Taki sam jest jeszcze w Norwegii, ale to za daleko.
- Nie mamy nic do stracenia. Tutaj na pewno nie można zostać.. - podsumowała kobieta.
Wiedziałem, co należy zrobić. W mojej głowie rysował się już cały plan ucieczki. Londyńczyk miał rację, nie da się dostać z Londynu do Norwegii, trzeba zacząć od Irlandii. Szybkim krokiem przemierzałem zniszczone ulice. Miałem skręcać w ulicę, na której mieścił się nasz dom, kiedy usłyszałem znany mi głos.
- Styles, to ty? Zatrzymaj się..


_____________________________________________
Hej, jak Wam się podoba? Namówiłyście mnie, więc kontynuuję te opowiadanie. Będzie jeszcze jedna część, bo się nie zmieściłam :D
Przyznam szczerze, że pierwszy raz pisałam coś w stylu sceny erotycznej, dlatego jest w miarę ocenzurowana. Jeśli coś jest do poprawy to piszcie, zapamiętam na następny raz :)
littlegirl

sobota, 25 lutego 2017

Good things - bad consequences //Liam - część 4

Siemka!! 
Napisałam 4 część.. Mam nadzieje że nie zapomnieliście co było wcześniej! :D
~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~
   
Furtka od mojego podwórka była otwarta, pomyślałam że może to wiatr, ale gdy ją zamykałam dostrzegłam że drzwi od domu także są otwarte. Przeraziłam się, bo byłam tu wczoraj i zamknęłam dom na wszystkie możliwe sposoby, a klucze mam tylko ja. Podeszłam ostrożnie do drzwi, niczego nie słyszałam, wyjęłam telefon i włączyłam latarkę, bardzo cicho i delikatnie podeszłam do włącznika światła. Nie zapaliło sie! Coś jest nie tak! Wszystko wczoraj działało! Serce waliło mi jak oszalałe, ale wiedziałam że muszę to sprawdzić. Światło telefonowej latarki świeciło dość mocno i mogłam stwierdzić czy ktoś się włamał i coś ukradł czy nie. Nic nie zginęło, ale usłyszałam jakiś szelest, dochodził z sypialni. Skierowałam się w tamtą stronę i zauważyłam że każde zdjęcie na którym jestem jest zniszczone. Szłam powoli przyglądając się temu, nie pasowało mi nic. Kto mógł zrobić coś takiego?! Dotarłam do drzwi od sypialni które były uchylone, słyszałam kogoś w pomieszczeniu i jeszcze coś.. jakby darcie papieru. Nie wiedziałam na co mam się przygotować, wiec włożyłam do kieszeni kurtki gaz pieprzowy i weszłam do sypialni. 
J: Kim jesteś? - spytałam dziewczynę siedzącą na moim łóżku. Miała na głowie kaptur ale jej długie rudawe włosy wystawały spod niego. Zachowywała się tak jakby jej nie obchodziło to że ją nakryłam na włamaniu sie do mojego domu. Dalej darła moje zdjęcia, tym razem na pół, oddzielając mnie od Liama. Chore?!! 
Dz: Już myślałam że nie przyjdziesz.. - zaśmiała się gdy skończyła i podniosła swój wzrok na mnie. 
J: Co Ty tu robisz? Wzywam policje! - powiedziałam głośniej i wystukałam numer. 
Dz: Ani mi się waż.. podbiegła do mnie chcąc wyrwać mi telefon, na szczęście miałam ten gaz i zdążyłam go użyć. - Aaaa! - rzuciła się na ziemie, trąc oczy. 
P: Halo? Co się dzieje? - usłyszałam głos w komórce. 
J: Włamała sie do mojego domu, chciała mi coś zrobić, mam gaz ale możecie przyjechać.. - mówiłam w panice wybiegając z sypialni zamykając za sobą drzwi. 
P: Niech Pani poda adres.. - głupia ja, przecież od tego powinnam zacząć.
J: Priory Chase 17.. pośpieszcie się.
P: Zaraz będziemy. - zdążyłam się rozłączyć i jedyne co zapamiętałam to jej wyraz twarzy. Piekielnie czerwone oczy i ten złowrogi grymas.. Nie wiem co się działo i jak trafiłam tu gdzie jestem, ale boli mnie strasznie prawa strona głowy, czuje że mam coś zaschniętego aż od czoła po szyję.. Rozejrzałam się, to miejsce niczym z koszmaru, jakieś obskurne ścian, półmrok, okna zabite dechami.. Co się do cholery działo?! .. Chciałam dotknąć bolącej głowy ale uniemożliwiały mi to sznury oplecione na moich nadgarstkach za plecami. Czułam jak serce mi przyspiesza, chyba właśnie dotarło do mnie to co się stało. Porwała mnie, ta rudowłosa dziewczyna zamknęła mnie w jakimś syfie.
J: WYPUŚĆ MNIE!!! - krzyknęłam tak że zabolało mnie gardło, a zaraz potem pojawiła się ona. Ubrana była tak samo czyli nie minęło dużo czasu od tego zdarzenia.
Dz: Dość szybko się obudziłaś.. - jakby czytała mi w myślach.. - ..Trochę Cie uszkodziłam, złapała mnie za podbródek i obejrzała moją ranę, była zadowolona, wręcz się uśmiechała. - Liam nie będzie kochał Twojej słodkiej buźki jak będzie miała takie blizny. - więc to o to chodzi. To pewnie jedna z jego psychicznych fanek. 
J: Nie dotykaj mnie! - oburzyłam się 
Dz: Milcz! - powiedziała przez zęby i uderzyła mnie w policzek. Zapiekło, ale nie uroniłam żadnej łzy. Już nigdy więcej!! - Wiesz dlaczego tu jesteś? - zapytała o wiele łagodniej, jaka nagła zmiana tonu. Pokiwałam tylko głową na 'nie', - A no dlatego, że jak Cie ostrzegałyśmy to nie odeszłaś. Nie zostawiłaś go w spokoju, on jest tak ważną osobą dla fanek, dla każdej dziewczyny na świecie, że gdy widzą go z takim czymś jak Ty to aż sam się nóż w kieszeni otwiera.. - wyjęła nóż,cóż za trafny dobór słownictwa. Bawiła się nim, chodząc dookoła mnie. 
J: A Ty postanowiłaś wziąć sprawy w swoje ręce? - zapytałam dla zasady.
Dz: A żebyś wiedziała, ostrzegałam Cię..  
J: A pomyślałaś co może czuć Liam, co jeśli naprawde mnie kochał a Ty mu to odebrałaś? - zaśmiała się
Dz: Naiwna jesteś.. Myślisz że Cię naprawdę kochał?! Myślisz że byłby w stanie pokochać Ciebie?! - śmiała mi się w twarz.
J: Może i masz racje, może wcale mnie nie kochał, wcale nie poprosił mnie o rękę, nie został ojcem mojego dziecka.. - mówiłam to tak pewnie że sama zaczynałam w to wierzyć. Mina dziewczyny zrobiła się bardziej wściekła i kolejny raz poczułam piekący ból na twarzy.
Dz: Łżesz.. Ciebie to nawet kijem by nikt nie tknął.. 
J: O popatrz a Ty już dwa razy dłonią.. - zadrwiłam z niej. 
Dz: Zamknij pysk! Liam za Tobą nawet nie zatęskni.. - powiedziała to i wyszła. Nie mogę siedzieć bezczynnie, muszę się uwolnić. Szarpałam dłońmi ale są dość mocno związane, zaczynam się bać, żałować tego że nie siedziałam w domu, mogłam iść tam z Liamem, a co jeśli jemu by się coś stało?! 
       Nie wiem jak długo jeszcze to wytrzymam, siedzę tu już chyba ze 12 godzin albo i więcej, ze zmęczenia nawet zmrużyłam oko, ale to dosłownie na 15 minut. Zaczynam wariować, nawet nie wiem jak mam wezwać pomoc, do tego chyba się odwodnię, strasznie jest ciepło a ja nie piłam od tego czasu. 
Dz: O cześć.. - usłyszałam jej głos, przyszedł ktoś do niej?!
L: Wiem że to Ty! Gdzie jest (T.i.)?! - Liam? 
...
______________
I jak?! Ciekawie? Czy jednak słabe?
Komentujcie i za 7 komentarzy dalej :*
CZYTASZ = KOMENTUJESZ!!!!!!!!!!!



Naat

wtorek, 21 lutego 2017

Make love not war ~ Harry część 4

- Ucieknijmy stąd. Ty, Darcy i ja. - powiedział przez pocałunek.
- O tym marzę. - szepnęłam i kontynuowałam pieszczotę.
Nie skłamałam. Wielokrotnie wyobrażałam sobie dzień, w którym Harry wróci do domu, a potem wszyscy razem udamy się w jakieś bezpieczne miejsce. Nawet jeśli miałby to być drugi koniec świata, nie miałam nic przeciwko. Do szczęścia potrzebowałam tylko swojej rodziny, reszta była nieważna. Jeśli Harry by tego chciał, spakowałabym nas jeszcze dzisiaj.

Mój boże, prawie zapomniałem jakie to uczucie, mieć ją przy sobie. Jej wargi idealnie pasowały do moich. Nie potrafiłem uwierzyć, że czekała na mnie tyle czasu. Nie była już tą samą dziewczyną, którą znałem zanim musiałem wyjechać. Zmieniła się, dorosła. Jednak to nie zmieniło mojego uczucia do niej, nie wystawiło naszej miłości na próbę. Po takim doświadczeniu byłem pewien, że to miłość na całe życie. A Darcy to owoc naszego silnego uczucia. Jest taka śliczna, podobna do mamusi. Tylko oczy ma moje. Wygląda tak niewinnie. Żałuję, że nie byłem przy Lily, kiedy nosiła naszą córeczkę pod sercem, przy porodzie i pierwszych dniach życia tego maleństwa. Dobrze, że nie zawahałem się wyjść z bazy wojskowej dwa dni temu. Kto wie, czy udałoby mi się je odnaleźć. A nawet jeśli, kiedy to by się stało. Może Darcy umiałaby już mówić i chodzić? Nie posiadałem się ze szczęścia na myśl, że od dzisiaj mogę uczestniczyć w jej rozwoju. Mieć w nim jakiś udział. Jako głowa rodziny muszę zrobić wszystko, aby moje kobiety były bezpieczne. Nie chcę się o nie martwić każdego dnia, rano otwierając a wieczorem zamykając oczy. Obiecałem sobie zapewnienie spokoju swojej rodzinie. Chcę, żeby Darcy była ze mnie dumna, kiedy dorośnie i dowie się o tym wszystkim. W pierwszej kolejności musimy opuścić Anglię. Razem z Lily na pewno znajdziemy sposób, żeby to zrobić. Następnie weźmiemy ślub, znajdziemy dobrą pracę i w końcu zaczniemy normalne życie.
- Z pewnością jesteś głodny i zmęczony. Zrobię ci coś do jedzenia. - powiedziała blondyna z zatroskaną miną, kiedy odsunęła się ode mnie. Typowe zachowanie dla Lily. Sama ledwo stała na nogach, ale bardziej martwiła się o innych niż samą siebie.
- Razem zrobimy. - uśmiechnąłem się do niej i złapałem za rękę. Odwzajemniła gest i ścisnęła moją dłoń.
- Wyciągnij z lodówki jakieś produkty. Niewiele tego jest, ale na kanapki powinno wystarczyć.. - posłała mi przepraszające spojrzenie. Niepotrzebnie czuła się winna. Wykonałem jej prośbę i pomogłem w przygotowaniu posiłku. Zjedliśmy w ciszy, napawając się spokojnie swoją obecnością. Po kolacji Lily zajęła się moim – jak stwierdziła – skręconym nadgarstkiem. Usztywniła go drewnianą listewką, bo nie znaleźliśmy nic lepszego. Miałem nadzieję, że dzięki temu będę mógł nosić Darcy na rękach,chociaż narzeczona próbowała wybić mi ten pomysł z głowy. Oboje wiedzieliśmy, że i tak jej nie posłucham.
- Teraz ja się o ciebie zatroszczę. Co powiesz na gorącą kąpiel? - zapytałem, a w oczach drobnej blondynki pojawiły się iskierki. Przypuszczałem, że od dawna nie mogła sobie na to pozwolić z braku czasu. Miała zapadnięte policzki, zresztą cała była wychudzona. Pamiętałem jaką wagę przykładała do swoich dłoni, uwielbiała malować paznokcie. Tymczasem paznokcie na kościstych rączkach dziewczyny były połamane, a skóra pokaleczona. Makijaż nie zakrywał zupełnie podkrążonych oczu. Pomimo totalnego wyniszczenia nadal uważałem ją za piękną. Gdzieś z tyłu głowy miałem obraz Lily pełnej sił, zadbanej i energicznej. Postanowiłem zrobić co w mojej mocy, żeby znowu taka była.
- Nie mamy ciepłej wody od miesiąca.. - wyznała, a po policzku spłynęła jej łza. Że też sam tego nie zauważyłem, kiedy brałem prysznic przed południem. Rarytasem była kąpiel sama w sobie, nie obchodziła mnie temperatura wody. Przytuliłem do siebie dziewczynę, chcąc dodać jej otuchy.
- Mam pomysł. - powiedziałem nagle i szybko ruszyłem do łazienki. Nalałem zimnej wody na dno wanny, a następnie w kuchni napełniłem czajnik i postawiłem go na gazie. Kilka rundek na trasie kuchnia-łazienka wystarczyło, żeby przygotować ukochanej wymarzoną kąpiel.
- Jesteś niesamowity, dziękuje. - szepnęła wyraźnie wzruszona. Jeśli taki drobiazg sprawił jej tyle radości, gotów jestem robić to codziennie. Czekając aż wyjdzie z łazienki, poszedłem do sypialni zobaczyć co u Darcy, a przy okazji przygotować dla nas łóżko. Zmęczenie wzięło górę. Marzyłem jedynie o takim śnie, w jakim pogrążona była nasza córeczka. Położyłem się na miękkim materacu dosłownie na chwilkę i sam nie wiem, kiedy zasnąłem. Nie mogłem jednak spać zbyt długo, bo kiedy usłyszałem płacz dziewczynki i zerwałem się na równe nogi, Lily jeszcze nie przyszła. Wziąłem małą na ręce i zacząłem nucić ulubioną piosenkę jej mamy. Nieco się uspokoiła, ale na wszelki wypadek położyłem ją obok siebie na łóżku.

W końcu chwila dla siebie. Tego mi było potrzeba. Nie musiałam martwić się, że Darcy jest sama i może zacząć płakać, a przy tym nie miałam wyrzutów sumienia w stosunku do naszej sąsiadki. Gdybym ją poprosiła, na pewno zostawałaby z dzieckiem dłużej, żebym mogła zadbać również o siebie, ale szkoda było mi czasu. Najwyższa pora to zmienić. Widziałam jak moje ciało mizernieje, skóra szarzeje, a włosy wypadają garściami. Obecność Harrego sprawiła, że poczułam potrzebę bycia piękną i kobiecą. Taką, w jakiej się zakochał kilka lat temu. Korzystając z okazji, dolałam do wanny olejku lawendowego, który dostałam od narzeczonego na urodziny blisko rok temu. Liczyłam, że w magiczny sposób poprawi kondycję mojej skóry w jedną noc. Udało mi się też nałożyć maskę na włosy, chociaż przeterminowała się w zeszłym tygodniu. Pomyślałam, że skoro okres ważności wynosił dwa lata, to tydzień spóźnienia nie zrobi różnicy. Następnie owinęłam wychudzone ciało ręcznikiem, umyłam zęby i nałożyłam krem na twarz. Sama nie wiem, skąd wziął się w szafce. Może zawsze tu był, tylko ja nie miałam czasu go stosować. Ubrałam jedną z koszulek Harrego. Będę musiała się oduczyć spania w jego ubraniach, bo nic mu nie zostanie.
Wyszłam z łazienki w dużo lepszym nastroju. Ta godzina, a może dwie, pozwoliły mi odciąć się na chwilę od całego świata i skupić na sobie. Niestety powrót do rzeczywistości wiązał się z odczuciem ogromnego zmęczenia. Na sen też żałowałam czasu. Wchodząc po schodach usłyszałam Harrego. Śpiewał cicho moją ulubioną piosenkę. Zatrzymałam się i zamknęłam oczy. Wróciły do mnie wspomnienia sprzed wojny. Po chwili głos chłopaka ucichł. Weszłam na piętro, gdzie znajdowała się nasza sypialnia. Widok, jaki tam zastałam wzruszył mnie prawie że do łez. Harry spał, obejmując jedną ręką leżącą obok Darcy, a ta wpatrywała się w niego jak w obrazek. Wreszcie miałam przy sobie tych, których kocham. Moją rodzinę.

____________________________________________
Cześć! Co myślicie? Zastanawiam się, czy pisać jeszcze jedną część tego imagina, czy na tym skończyć. Może najlepiej będzie, jeśli to Wy zdecydujecie :)
littlegirl

sobota, 18 lutego 2017

Niall / 2

- To dobrze, bardzo dobrze - odetchnął dyrektor i rozłączył się. Niall przejrzał swoje zapiski i wziął głęboki oddech. Może to zrobić. Zrobi to. Jeśli nie dla siebie, to dla firmy. Dla dobra ogółu.

Spotkanie przebiegło dokładnie po myśli blondyna. No, może raczej zakończyło się. Główna część zaczęła się istną katastrofą, jego notatki zostały zalane kawą, komputer padł, ogólnie stracił to, na czym miał opierać prezentację. Mimo to zachował zimną krew i firmowy uśmiech. Nie dał po sobie poznać, że coś jest nie tak i odtworzył z głowy wszystko, co pamiętał. Jego wypowiedź brzmiała naprawdę dobrze. Opowiadał bardzo żywym, ale rzeczowym i profesjonalnym tonem. Inwestorzy z zaciekawieniem przyswajali kolejne etapy spotkania. Po zakończeniu większość z nich została, przyłączyła się do poczęstunku i kontynuowała rozmowę z Niallem.

- Panie Horan, myślę, że się dogadamy. Jeśli ta firma zatrudnia pracowników podobnych do pana, a projekty są tworzone przez nich, zaszczytem będzie dla mnie taka współpraca - usłyszał z ust jednego z ważniejszych gości dzisiejszego spotkania. Chłopak zaśmiał się tylko i podziękował uprzejmie, w środku zaś szalał z radości. Można było dostrzec to w jego oczach.

Kolejna godzina zleciała bardzo szybko. Ludzie poczęli szykować się do wyjścia. Niall postanowił potowarzyszyć im i upewnić się, że są przychylnie nastawieni. Gdy tylko wyszli na korytarz, rozmowa znów wróciła do projektu, pojawiły się pierwsze obawy, a dobre wrażenie, które blondyn po sobie pozostawił traciło na mocy. Dlatego też złapał on kilkanaście plastikowych kubków i zatrzymał wszystkich. Umyślnie rozpoczął wszystko przed panem Simsonem, nad którego patronatem najbardziej im zależało.

- Panowie, wyobraźcie sobie przyszłość. Pełną technologicznych nowinek, szalonych konstruktorów, ich pomysłów oraz wynalazków. Wyobraźcie sobie tych wszystkich młodych, zdolnych ludzi pragnących robić to, do czego zostali stworzeni, pragnących budować perspektywę lepszego jutra poprzez to, co wytworzą własnymi rękami. Głowy pełne wspaniałych planów, garaże wypełnione prototypami, nie do końca stabilnymi, nie dość dobrymi, by przemienić je w coś lepszego. Cały ten potencjał, geniusz, marnujący się przez brak pieniędzy, miejsca i odpowiednich narzędzi, to ogromna strata dla ludzkości. Nasza firma nie zajmuje się typowo technologią. Jesteśmy inżynierami, architektami i drobnymi konstruktorami, ale zdajemy sobie sprawę z tego, jak ważny jest postęp w świecie. Jak ważna jest możliwość zrobienia kroku w przód. Obecnie stoimy nad przepaścią, ogromną przepaścią, której wydawałoby by się, przeskoczyć się nie da. Lecz nasz projekt chce dać możliwość spróbowania przedostania się na drugą stronę. Chcemy ofiarować ludzkości kładkę, którą, dzięki kryjącemu się w niej potencjałowi, przemieni we wspaniały most - mówiąc to posługiwał się kubeczkami oraz kawałkiem papieru i długopisem. - Nie twierdzimy, że nasz pomysł jest idealny, że nie ma żadnych wad. Jednak do tej pory nikt nie spróbował takiej kładki przed ludźmi postawić. A warto. Warto, bo to właśnie w tych młodych konstruktorach drzemie geniusz. To w nich znajduje się siła do przeobrażenia zwykłej kładki w przepiękny most. Kto wie, jakie cuda znajdują się po drugiej stronie. Jak wspaniale rozwinięta technologia na nas czeka. Nie dowiemy się, dopóki nie postawimy tej jednej kładki, która zapoczątkuje drogę ku nowej, lepszej przyszłości. Naszej wspólnej, lepszej przyszłości - tymi słowami zakończył wypowiedź, która płynęła prosto z jego serca. Był głęboko przekonany o prawdziwości swoich słów toteż po raz kolejny jego wypowiedź była porywająca.
- Czy aby na pewno kompleks budynków oferujących wysoko zaawansowaną pomoc i technologię przyczynią się do rozwoju ludzkości? - pytanie zadał człowiek, którego Niall nie widział na spotkaniu, zdziwił się więc i zatkało to na chwilę. - Czy aby na pewno słuszne jest inwestowanie przeogromnej ilości pieniędzy w kolejne laboratoria? Czy one sprawią, że ci "młodzi geniusze" - wziął to w cudzysłów. - nagle zaczną tworzyć cuda, które zrewolucjonizują przyszłość? Nie jestem do końca przekonany o trafności projektu pańskiej firmy. Kładziecie kawałek drewna w miejsce, gdzie ktoś powinien położyć solidne przejście. 
- Źle mnie pan zrozumiał. I chyba nie był pan obecny przy prezentacji - inwestorzy spojrzeli na człowieka w garniturze. Oni również nie zauważyli go wcześniej. - Założeniem projektu jest wybudowanie kilku kompleksowych instytucji, wspomagających rozwój młodych ludzi o wspaniałych pomysłach. Talenty będą wyławiane podczas przeróżnych badań opinii publicznej, konkursów, ankiet, a także zbierane będą informacje z przeróżnych źródeł. Wszystko legalnie oczywiście, bowiem zbierane będą one ze wszelkich social medii i tego typu rzeczy.
- Skoro tak pan uważa, panie Horan. Wciąż myślę, że nie jest to wystarczające, a co ważniejsze, innowacyjne. Każdy głupiec jest w stanie wpaść na taki pomysł - słowa te uderzyły w czuły punkt chłopaka, dało się wyczuć, że facet w czarnym garniturze sprowokował całą rozmowę, aby potoczyła się w tym właśnie kierunku.
- W takim razie dlaczego nikt do tej pory czegoś takiego nie proponował? - odgryzł się, nie mogąc się opanować. Sekundę później otrząsnął się, pozbierał na szybko przygotowane rekwizyty i wrzucił je do kosza ze złością. Aż do wyjścia odpowiadał na resztę pytań inwestorów, starając się ukryć swoje odczucia co do człowieka, który tak po prostu wtargnął i zrujnował mu dobre wrażenie. Nie był pewny czy mu się udało, miał jednak nadzieję, że wyszedł z twarzą.

W domu znalazł się niedługo potem. Nie miał za wiele do zrobienia, gdyż przez ostatnie miesiące koncentrował się nad swoim projektem tworzonym wraz z dyrektorem. Teraz potrzebował dnia wolnego, może dwóch, żeby odpocząć.

Spokój jednak nie był mu dany, ponieważ po kilku godzinach odezwał się jego służbowy telefon.
- Tak słucham?
- Witam serdecznie, czy ma pan chwilę? - nieznany mu głos zapytał wyjątkowo uprzejmie.
- Um, myślę, że chwileczkę tak - odpowiedział grzecznie, wyprostowując się na fotelu.
- Nazywam się (T.i.) (T.n.), dzwonię w pewnej bardzo interesującej sprawie...
- A mianowicie? - chciał przejść do sedna jak najszybciej, aby zakończyć rozmowę i w spokoju posiedzieć i poleniuchować. 
- To nie jest rozmowa na telefon.



~~~~~~~~~~~~~
Dziękuję za komentarze pod poprzednią częścią, bardzo mi miło, za taki pozytywny odzew. Tu też trochę krócej, ale mam nadzieję, że się spodoba mimo wszystko.

Dałoby radę 10 komentarzy? Byłoby mi bardzo miło.

DF xx